12-15.06.2012 Sucre – dawna stolica Boliwii

_DSC7307m

Sucre, zatem przyszedł czas na odpoczynek. Udaje nam się znaleźć wspaniałego hosta z CS, który jest tak dobry, że przygarnia nas na czas dłuższy. Zero, bo tak ma na imię, jest Anglikiem i trafił tutaj w poszukiwaniu spokoju. Pracuje jako informatyk, więc nie ma dla niego problemu mieszkać w innym państwie, płaci za mieszkanie tyle co my w Krakowie za gaz i przyjmuje sporo osób z CS, aby nieco oderwać się od boliwijskiej rzeczywistości.

Ale miało być o Sucre. Zdjęć jakoś mało zrobiliśmy, gdyż chyba weny zabrakło. Konstytucyjna stolica Boliwii, dumna ze swojej historii i kultury. Nie porównamy z Krakowem, bo to jednak nie to, ale coś wspólnego jest. Wszyscy Sucre zachwalają, mnóstwo cudzoziemców zatrzymuje się tutaj, aby podszkolić hiszpański i wyjeżdżać na krótkie wycieczki. My też mamy taki plan, ale… Kolonialne centrum miasta wygląda całkiem ładnie. Placyki, uliczki, wszystko w bieli. Miasto rozciąga się na okolicznych wzgórzach i na szczęście można je objąć wzrokiem, co świadczy o tym, że nie jest duże. Faktycznie, nieco ponad 300 tysięcy mieszkańców. Małe może nie jest, ale do przeżycia. Ponoć w miarę bezpieczne. Niestety. Uliczki miasta wypełnione starymi chińskimi busikami, które kopcą w sposób niewiarygodny. Po przejeździe jednego takiego przyjemnie nie jest, a po przejeździe kilku trzeba uciekać jak najdalej. Czasami się nie da i jest to problem. Kasia, która jest znacznie mniej odporna na zapachy, przeżywa katusze. Poza tym ludzie przyzwyczaili się do pobytu białych i czerpią z nich niemałe dochody. Zatem również nasz widok wyzwala w miejscowych energię do zarabiania, co nie jest dla nas miłe.  Trzymamy się zatem z dala od centrum za wyjątkiem wizyt na tutejszym mercado, czyli targu. Obiady tam to po prostu poezja. Oczywiście w wydaniu boliwijskim, czyli sopa de mani (na orzeszkach ziemnych, gęsta i tłuściutka;)) plus drugie z popitką. Poezja smaku wraz folklorem walki o klienta. Trzeba się przyzwyczaić, że po wejściu na targ, zaatakuje nas zgraja młodszych bądź starszych, lecz zawsze przemiłych kucharek w niebieskich mundurach. Któreś na pewno zwyciężą… 😉

Kasia na swoje urodziny po raz pierwszy siada w siodle i odnajduje kolejną pasję. Niestety, wydawałoby się, że w Boliwii zaspokajanie takich pasji powinno być w miarę tanie. Może tak jest gdzieś na prowincji, ale na pewno nie w Sucre. Ceny bardzo turystyczne i bardzo europejskie. Ostatecznie większość gości tutaj to Francuzi bądź inne nacje z zachodniej Europy. Niestety, ich możliwości finansowe są nieco wyższe niż nasze, a to pod nich ceny są ustawiane.

Sucre niestety nas nie zachwyca. Architektura poza centrum typowa dla tego regiony, czyli chaos totalny z cegły i betonu, w którym dominującą formą jest sześcian z wystającymi drutami. Jeśli ktoś lubi imprezy, pewnie znajdzie tutaj coś dla siebie, ale jeśli szuka spokoju i świeżego powietrza, powinien jak najszybciej wyjechać. My uciekamy po trzech dniach, ale z zamiarem powrotu. Pędzimy sprawdzić, jak może wyglądać krater Maragua.

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 1 marca 2013.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s