6-7.06.2012 – Kierunek: Salar de Uyuni

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Do położonego w pobliżu sławnego salaru Parku Avaroa bez własnego środka transportu dostać się ciężko. Gdyby chociaż mieć rower… Jednak o tej porze roku to środek lokomocji tylko dla wytrwałych. Samochodów prywatnych brak. No chyba, że zabłąkają się tu we własnym landroverze jacyś Anglicy, albo Amerykanie. Od czasu do czasu (średnio raz na 2 dni) przejeżdża TIR z zaopatrzeniem, dużo częściej jeepy z turystami. Do samego Salaru de Uyuni, a właściwie na jego obrzeża dostać się już łatwiej – kursują lokalne autobusy. Będąc tutaj, szkoda byłoby jednak nie zobaczyć takiego cudu natury, jak Park Avaroa. Długo się nie zastanawiając zabieramy się więc z wycieczką, w większości izraelską. Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Od czasu do czasu półgodzinny postój na zwiedzanie i zdjęcia. Za to widoki za oknem to coś niezwykłego. Do tego mamy sympatycznego kierowcę, który zatrzymuje się „na zdjęcie” stosownie do naszych potrzeb, czyli znacznie częściej niż przewiduje program wycieczki. Siedzenie obok niego zajmuje młoda dziewczyna, której jedynym zadaniem jest, abyśmy nie umarli z głodu. I wywiązuje się z tego zadania naprawdę znakomicie.

Jak widać wycieczka prawdziwych gringo i bogaczy… Cóż jednak zrobić, gdy chce się zobaczyć te wszystkie wspaniałości, a czekanie kilka dni na stopa nie bardzo nas urządza. Trzeba zatem pomóc w rozwoju rynku turystycznego Boliwii. Cztery dni w samochodzie, przejechanych około 1000 kilometrów, zobaczenie 10 000 cudów natury naokoło. Cóż… nie jesteśmy z całą pewnością wielkimi zwolennikami tego typu wypadów. Ale mając do wyboru coś takiego bądź rezygnację z zobaczenia tego miejsca, wybór jest prosty.

Każdy dzień to inne krajobrazy. Pierwszy to kręte drogi wspinające się coraz bardziej do góry, prawie do 5000 m. Choroba wysokościowa daje się niektórym uczestnikom we znaki. Żujemy więc liście koki. Może to efekt placebo, ale po jakimś czasie ból przechodzi. Od miejscowych dowiadujemy się również, że choroba ta jest jedynie wytworem naszego umysłu. Ciekawe jednak, co by na temat ich teorii powiedziały uznane medyczne autorytety…

Dzień drugi stoi pod znakiem jezior i gejzerów. Laguny Zielona, Biała i na deser Roja, czyli czerwona. Laguna Biała pokryta już lodem. Nocą jest tutaj sporo poniżej zera, a w dzień niewiele cieplej. W oddali widzimy jednak rowerzystę, który nie zważając na dziki wiatr i temperaturę, pokonuje kolejne kilometry. Pomiędzy kolejnymi jeziorami docieramy do miejsca spowitego w dymy i zapach siarkowodoru. Bulgocące błotko nie zachęca do kąpieli, więc po kilkunastu minutach ruszamy dalej i docieramy do tzw. „Zupy z gringo”. Niewielki basenik z gorącą wodą, a w nim wszystkie narodowości świata, z naciskiem na Izrael. Darujemy sobie chyba dołączenie do tego kulinarnego ewenementu…

Wieczorem to, co ma być ponoć najciekawsze. Laguna Roja. Jeśli ktoś myśli, że jest ona tylko z nazwy czerwona, bardzo się zadziwi. Jezioro wygląda, jakby ktoś sprawił w jego wodach krwawą rzeź. A w tej czerwoności setki biało-różowych punkcików. Flamingi! Mimo nawoływań naszego kierowcy, nie chcemy się stąd ruszać. Ten jest jednak bezlitosny i po godzinie ruszamy do naszego hotelu z gliny. Jeśli ktoś spodziewa się, że w hotelu będzie cieplej niż na zewnątrz, nie myli się. Temperatura jest wyższa. O jakieś 5 stopni… 🙂

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 15 sierpnia 2012.

Jedna odpowiedź to “6-7.06.2012 – Kierunek: Salar de Uyuni”

  1. WSPANIAŁE OPISY I FOTO, -pozdrawia
    SUMER

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s