22-25.05.2012 – przez królestwo oliwek, wina i kaktusów, czyli zachodnia Argentyna

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Z la Rioja wyjeżdżamy stopem i udaje nam się dojechać do królestwa oliwek – Aimogasty. Tam spędzamy noc, a na kolację – chlebek z oliwkami 🙂

Następnego dnia powolutku dojeżdżamy do Londynu. Nie jest to brytyjska metropolia, ale małe miasteczko z inkaskimi ruinami w tle. Do nich właśnie zabiera nas nasz sympatyczny kierowca i razem z nim zwiedzamy to urokliwe miejsce, w którym jesteśmy, póki co, jedynymi turystami. Z Londres jedziemy do Belen, a stamtąd do Hualfin. I to by było na tyle. Okazuje się, że nie tylko na jeden dzień, ale na dwa. Przekonujemy się na własnej skórze, że północna Argentyna ojczyzną autostopu jednak nie jest. Nie pomagają nawet modlitwy do Gauchito Gil.

Gauchito Gil to ciekawa postać. Tutejszy ludowy święty,  który zgodnie z legendą (jedną z wielu) był wiejskim robotnikiem. Romans z zamożną wdową, wzbudził nienawiść jej braci i zazdrosnego szefa policji. Antonio Gil, bo tak się nazywał, zdecydował się więc opuścić wioskę i zaciągnąć do wojska w wojnie z Paragwajem. Po zakończeniu jednej wojny wybuchła następna, tym razem domowa. Gil nie chciał zabijać swoich współbraci, opuścił więc armię jako dezerter. W tym czasie stał się banitą i uzyskał reputację argentyńskiego Robin Hooda. W końcu został złapany i zabity za dezercję. Przed śmiercią zdążył jeszcze poradzić oprawcy, by modlił się o życie swojego syna, który był bardzo chory. Modlitwy pomogły i syn zabójcy wyzdrowiał.  Wtedy to sprawiono Gauchito Gil odpowiedni pogrzeb, a ludzie, którzy słyszeli o cudzie, zbudowali świątynię, która istnieje do dzisiaj. Obecnie chyba przy każdej argentyńskiej drodze stoi mała pomalowana na czerwono kapliczka – sanktuarium Gauchito Gila. Tradycja mówi, że podróżujący mijający kapliczkę powinien pomodlić się i przyozdobić ją czerwoną wstążką, a jedną z już wiszących wziąć dla siebie – „na szczęście”.

W końcu jednak Gauchito wstawia się za nami i wieczorem jedziemy w przyczepie tira. Mimo najszczerszych chęci nasz kierowca nie może zaprosić nas do kabiny, a wszystko to z powodu czujników na siedzeniu pasażera. W taki właśnie sposób właściciele firm zabezpieczają swój towar przed towarzyskimi kierowcami, a właściwie fałszywymi autostopowiczami, których tutaj podobno nie brakuje. W Santa Maria jesteśmy o zmroku. Decydujemy się jechać autobusem do Quilmes. Noc spędzamy w indiańskiej wspólnocie w towarzystwie 5 sympatycznych psów i jeszcze większej ilości kotów 🙂 Rano kolejne ruiny. Nie inkaskie, a quilmes’kie. Po drodze spotykamy dwójkę Argentyńczyków, którzy też przyjechali tutaj zobaczyć skalne miasto – zwiedzamy więc razem. Decydujemy się wziąć przewodnika, który okazuje się strzałem w dziesiątkę. Przewodnik dezerteruje jednak przed wejściem na górę, chwilę później rezygnują Argentyńczycy, my nie dajemy za wygraną i docieramy do najwyżej położonych domków zastanawiając się przy okazji, po co quilmes’ka arystokracja pobudowała się tak wysoko. Na górze zagadka rozwiązuje się sama – chodziło o widok 🙂

Trochę informacji praktycznych:

Wejście do ruin przy Londres: gratis
Wejście do muzeum w Londres: 5 peso
Wejście do ruin przy Quilmes: 10 peso
Przewodnik (nieobowiązkowy, ale przydatny) 40 peso od grupy

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 17 lipca 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: