13-15.05.2012 – Rodeo i droga bez końca…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Droga do Rodeo nie jest tak krótka jak się nam wydawało. Stoimy i czekamy, czekamy i stoimy, a tu nie jedzie nic. W końcu się udaje – dojeżdżamy do La Iglesia, przyjemnej wioseczki po drodze, a stamtąd to już naprawdę niedaleko. Po drodze dowiadujemy się o problemie dręczącym mieszkańców tego rejonu: kopalniach złota. Okazuje się, że gorączka złota w Argentynie się nie skończyła. Objęła tylko inne grupy społeczne – te które mają dużo i chcą jeszcze więcej. Z pomocą rozgorączkowanym politykom i biznesmenom przyszły firmy zagraniczne, głównie kanadyjskie. Nie patrząc na skutki wydobycia złota na środowisko, stosują substancje toksyczne, m.in. związki cyjanku oraz nadużywają wody do wypłukiwania skał, powodując tym dalsze pustynnienie i tak już wysuszonej w tych okolicach ziemi. Mieszkańcy prowincji la Rioja i San Juan organizują protesty przeciw inwestorom, lecz na razie nie na wiele się to zdaje.

Rodeo to nieduże turystyczne miasteczko położone nad przepięknym jeziorem. Jezioro, a właściwie sztuczny zbiornik zwany tutaj Cuesta del Viento, czyli wybrzeżem wiatrów, jest  idealnym miejscem do uprawiania sportów wodnych, a zwłaszcza windsurfingu. Trzeba przyznać, że miejsce jest niezwykle malownicze, otoczone z jednej strony niesamowitymi górami. A na tafli wody, wśród trzcin i sitowia całe zgraje ptactwa. Niestety, wieczorem wiatr jest tak silny, że nie starcza nam siły, aby zbyt długo przebywać w pobliżu robiąc zdjęcia. Kasia rusza w podróż dookoła jeziora, a brzydsza część naszej wyprawy zostaje na miejscu dręczona lenistwem i chorobą żołądka.

Rozbicie namiotu niedaleko brzegu mimo, że osłaniają nas nieco zarośla, nie należy do najprostszych. Zimno i mocny wiatr dają się we znaki. Nad ranem temperatura spada nieco poniżej zera (jak zresztą często ostatnio) i namiot pokryty jest pięknym, biało-srebrnym szronem. Zwijamy szybko cały majdan i uciekamy na drogę, gdzie po minucie udaje się złapać na stopa dwóch staruszków, którzy podwożą nas do Jachal. A stamtąd powoli, powoli jedziemy, idziemy, stoimy… Byle do Villa Union, gdzie docieramy późnym popołudniem. Po drodze jedziemy z pracownikami pobliskiej kopalni złota Gualcamayo oraz z Boliwijczykiem, który trafił do Argentyny wiele lat temu i dzięki własnej pracowitości dorobił się kilku firm, hotelu i ciężarówki, którą przewozi różności do i z owej kopalni. Boliwijczycy w Argentynie należą do tych bardziej zaradnych i są cenieni, jako świetni pracownicy.

My rozbijamy namiot w okolicach miasteczka, wśród dziko kłujących krzaczorów, które mają nas osłonić i zabezpieczyć przed niepożądanymi gośćmi.

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 10 lipca 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: