27-29.04.2012 – Conguillio po raz drugi…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pożegnanie z Paolą, Jorge i ich malutką córeczką nie jest łatwe, ale w końcu ruszamy w dalszą drogę obiecując sobie mocno, że jeszcze do nich wrócimy. No chyba, że oni nas odwiedzą, na co mamy wielkie nadzieje.

Szybko łapiemy stopa do Villarici. Potem już nie jest tak łatwo, ale jakoś jedziemy. Czasem szybciej, czasem wolniej… Akurat droga nie jest zbyt uczęszczana i po kilku przygodach trafiamy na nocleg do eukaliptusowego lasu. Drzewa wysokie, ciągnące się szereg za szeregiem w równych odstępach. Większość tutejszych mieszkańców jest przeciwna takim plantacjom, gdyż eukaliptus niszczy wody gruntowe i powierzchniowe. Dorosłe drzewo potrzebuje dziennie około 200 litrów. Tam gdzie pojawiają się te drzewa, ziemia bardzo szybko jałowieje i przestaje się nadawać do czegokolwiek. Ale za to zapach wśród gęstego lasu nie da się porównać z niczym 🙂

Następny dzień i udaje nam się ruszyć z dwoma fotografami, którzy podobnie jak my, chcą ujrzeć początki jesieni w Conuiguillo. Idealny stop, gdyż zatrzymujemy się wszędzie tam, gdzie widać coś ciekawego i wartego sfotografowania. Niestety pogoda dramatyczna. Ziąb, deszcz i mgła. Dlatego też szybko dość rozbijamy namiot w pobliżu jeziora ArcoIris, pełnego pni zatopionych drzew. Jeziorko młodziutkie, bo powstałe podczas ostatniej erupcji wulkanu Llaima, kiedy to skały odcięły dopływ strumienia i uformowały ten urokliwy zakątek.

Poranek wita nas słońcem. Wychodzimy na drogę i szybciej niżbyśmy nawet chcieli, zatrzymuje nam się samochód wypełniony po brzegi młodymi nauczycielami angielskiego. Żadne z nas nawet nie machało, a już jedziemy. Paręnaście kilometrów, ostatni w tym roku rzut oka na znane nam już Sierra Nevada i w dalszą drogę.. Pierwszy kilometr piechotą, a potem powtórka z rozrywki. Dwóch miłych osobników zatrzymuje się obok i już pędzimy po krętej tutejszej drodze pod koronami modrzewi oraz wiekowych araukarii. Por raz drugi w tej podróży jeziorko Captren, gdzie nasi kierowcy postanawiają złowić jakąś rybę. Na pewno są wielkimi znawcami i miłośnikami wędkarstwa (w przeciwieństwie do nas), ale trzeba przyznać, ze ich sposób łowienia bardzo nas ujmuje. Można powiedzieć, że jest to sztuka dla sztuki, gdyż od prawie 20 lat, jak tutaj łowią, jeszcze nigdy nic nie złowili. I dziś również nie mają wielkich nadziei. Tradycji musi się jednak stać zadość i przez pół godziny wypatrują drgnięcia spławika. Kończy się jak zwykle, zatem w zastępstwie wyciągają z samochodu tutejszy przysmak zwany longanizą, która jest niczym innym, jak kiełbaską. Przypieczona nad palnikiem gazowym nie jest może szczytem kulinarnej wykwintności, ale z niewielką ilością piwa podarowanego nam przez innych podróżników, da się przełknąć.

A potem już podróż do Curacuatin i dalej, w kierunku Panamericany i północy. W ucieczce przed zimą…

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 5 czerwca 2012.

Jedna odpowiedź to “27-29.04.2012 – Conguillio po raz drugi…”

  1. SUPERRRR – OPIS I FOTO

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: