25-26.04.2012 – Villarica po raz pierwszy…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dwa dni odpoczynku u cudownych Jorge i Paoli… Dwa dni w domu z drewna, przy palącym się kominku, z ciekawymi ludźmi. Ale czas szybko płynie, a my mamy ochotę wykorzystać ostatnie chwile dobrej jesiennej pogody. Od dwóch miesięcy ciągnie nas na wulkan Villarica, ponoć najbardziej aktywny w całej Ameryce Południowej. Prawie codziennie można dojrzeć obłok dymu wydobywający się z otwartego krateru. A niekiedy jest widoczny nawet blask ognia odbijany od chmur wieczorową porą.

Cóż… wejście może być znacznie trudniejsze niż na Lanin, gdyż teraz nie mamy już pożyczonych raków i butów. A w przeciwieństwie do tego ostatniego, tutaj śnieg i lód trzymają mocno. Do tego okazuje się prawdą, że wejście bez przewodnika jest nielegalne. Jedynie członkowie Federación de Andinismo de Chile mogą iść na własną rękę, co jest mocno irytujące, jeśli się pomyśli, że za przewodnika trzeba zapłacić około 30 tys. peso, czyli 60 dolarów. Zatem postanawiamy nie stosować się do bzdurnych reguł stworzonych tylko z chęci zysku i wybieramy sposób naszego przyjaciela Jorge, który zna te okolice, jak własną kieszeń. Co prawda modyfikujemy jego plan, który zakłada podejście do wulkanu od strony miasta Villarica, co zajmuje ponad dzień marszu.

Jesteśmy leniwi i wchodzimy najbardziej oficjalnym wejściem, od którego można ruszyć na wulkan, ale również na trekking wokół niego. Jako, że mamy nielegalne plany, nie możemy iść wydeptaną i oczywistą ścieżką, ale trzeba wyszukiwać własną. Do tego jedno z nas cierpi na brak raków. Po 2 godzinach marszu okazuje się, że chyba istnieje możliwość wejścia. Między chmurami ukazuje się nareszcie szczyt i widać, że przy odpowiedniej cierpliwości można dojść pod sam wierzchołek bez dotykania lodu. Oczywiście nieco klucząc, ale wydaje się to możliwe. Zatem popołudniową porą schodzimy ze szlaku trawersującego wulkan i pędzimy w górę. Gdzieś w połowie drogi do szczytu spostrzegamy sporą półkę, gdzie zapewne da się rozbić namiot. Miejsce wydaje się blisko, może godzinę drogi… Po owej godzinie musimy jednak zweryfikować skalę wulkanu i widzimy, że nieco jednak brakuje. Po 3 godzinach mozolenia się w paskudnym, zjeżdżającym na dół piargu wreszcie jesteśmy. Akurat w samą porę aby ujrzeć przepiękny zachód słońca. Pod naszymi stopami morze chmur z przebijającymi się gdzieniegdzie wyspami pobliskich szczytów. Noc gwieździsta i tak bezwietrzna, jak tylko można sobie wymarzyć. Każde pęknięcie bądź upadek jakiegoś  kamienia są głośniejsze niż zawsze. Wyobraźnia podpowiada obrazy lawy, jaka z pewnością znajduje się kilkaset metrów pod nami.

Ale ranek budzi nas zimnem i sporym wiatrem, który nie pozwala się słyszeć z odległości kilku metrów. Zostawiamy namiot i pędzimy na lekko do góry. Nareszcie dochodzimy do pierwszych płatów zmrożonego śniegu i o dziwo, nie jest tak miło, jak na Laninie. 1000 metrów niżej, a śnieg jest tutaj zbity mocno i nie ma żadnej możliwości przejścia bez raków nawet niedużych odcinków. Zatem jedno z nas śmiga po śniegu, a drugie obchodzi niebezpieczne miejsca. Nachylenie stoku z daleka nie wydaje się duże, ale z bliska wygląda na 30-35 stopni. Zatem rozpędzić się można na lodzie dość szybko, a w dole już czekają paskudne, ostre, wulkaniczne głazy. Nie ryzykujemy i idziemy dalej wybierając dłuższą, lecz bezpieczniejszą drogę. Niestety, każdy kamień jest tutaj ruchomy, zdarza się zjeżdżać w dół z niewielką lawinką i zaczynać od nowa.

Ale wreszcie po kilku godzinach docieramy pod sam, wypiętrzający się wierzchołek. Brakuje jakieś 200 metrów. I tutaj niespodzianka. Coś, co z daleka wyglądało, jak czyste kamienie i popiół, okazuje się lodem. Brudnym i mało lód przypominającym, ale zachowującym jego dość istotną cechę:  ślisko jak diabli i ciężko iść dalej. No i do tego to „dalej” nie wygląda zachęcająco. Partia pod samym szczytem wypiętrza się pod kątem 60 stopni i zbudowana jest z ledwo leżących na sobie głazów. Można obejść fatalne miejsca, ale jedynie po lodzie. Siedzimy, dumamy i wychodzi na to, że chyba tutaj trzeba będzie zakończyć podejście nie ryzykując nadmiernie. Nie chcemy się rozdzielać, bo jeśli się coś komuś stanie, będzie spory problem. Skręcić bądź złamać nogę w tym terenie jest bardzo łatwo. A wstydu, jakiego trzeba by się najeść w tym przypadku przy zawiadamianiu strażników, chyba byśmy nie zdzierżyli. Nosy na kwintę, kije w garść i schodzimy w dół wściekając się na wszystko dookoła.

Aczkolwiek trzeba przyznać, że widoki mieliśmy przednie. Szczególnie poranny widok na obecne ciągle morze chmur przysłonięte gigantycznym cieniem wulkanu był niezwykły. Ale teraz po tych samych piargach zsuwamy się w dół z ogromna prędkością i wkrótce już jesteśmy na szlaku. A potem łapiemy na stopa dokładnie tego samego strażnika, który nas podwiózł dzień wcześniej. I wracamy… Cóż… jedna bitwa przegrana. Ale to nie oznacza, że przegraliśmy wojnę. Jeszcze tu wrócimy – choć już lepiej wyposażeni 😉

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 31 Maj 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: