8-15.03.2012 – Torres del Paine – Błękitne Wieże

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Trzy godziny drogi, koło 100 kilometrów z Puerto Natales i  nareszcie jesteśmy. Wjeżdżamy do parku za sprawą jednego z miłych pracowników, płacimy absurdalną stawkę 15 tys. pesos (nawet nasza magiczna karta CONAF nie pomaga)  i nastaje czas rozkoszowania się widokiem. Oczywiście wybieramy najciekawszą trasę, czyli z jak najmniejszą ilością turystów. Niech przynajmniej pierwszy dzień w tym niezwykłym miejscu będzie tylko dla nas.

Torres del Paine, najsławniejszy park całego Chile znany każdemu „extranjero”, którego spotkaliśmy. Każdy napotkany kierowca mówi nam, że znacznie więcej tam obcokrajowców niż Chilijczyków i chyba jest to prawda. Ponad 70 procent napotkanych mówi po angielsku, hebrajsku, francusku, rosyjsku, japońsku, koreańsku, no i oczywiście po polsku (choć tych jest proporcjonalnie niewielu). Zadziwiająca jest ilość młodych mieszkańców Izraela, którzy jednak obecnie nie mają tutaj dobrej sławy. Pod koniec roku jakiś nieszczęśnik z ich kraju chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Próby spalenia papieru toaletowego przy patagońskim wietrze w samym centrum wysuszonego na pieprz lasu zaowocowały gigantycznym pożarem, podczas którego spaliło się ponad 12 tysięcy hektarów parku. Historia milczy o tym, czy również ów papier się spalił, ale sądzimy, że na pewno powinien spalić się obywatel winny zamieszaniu. Ze wstydu. Szczęście w nieszczęściu, że spaliła się południowo-zachodnia część parku obfitująca w większości w krzewy i niewielkie drzewka. Na wschodzie jest znacznie więcej wiekowych lasów, których strata byłaby znacznie bardziej dotkliwa. W każdym razie teraz w większości parków chilijskich, jak również argentyńskich są stosowne objaśnienia napisane w języku Mojżesza.

Co jednak jest tak niezwykłego w Torres del Paine, że każdy chce tutaj przyjechać i przejść osławiony szlak „W”, bądź jeszcze sławniejszy „O”? Cóż… każdy znajdzie coś dla siebie. Jeziora o wodzie koloru turkusu bądź zielonkawego srebra, biało-błękitne lodowce, lasy ze zwisającymi z gałęzi długimi brodami mchów wśród których chronią się rzadkie ptaki i wreszcie to, co najważniejsze. Ponad dwuipółtysięczne, ostre jak igły giganty i ich niebotyczne, pionowe ściany, smagane wiatrem i błyszczące złotem w zachodzącym słońcu. Mekka wspinaczy, ale również trekkerów i wszelkiego rodzaju obieżyświatów.

Szlak „W” biegnie od doliny rzeki Ascensio, gdzie z campu Torres można w godzinę dojść do punktu, z którego rozciąga się niesamowity widok na 3 granitowe wieże będące symbolem parku. Następnie przejście do przepięknej Doliny Francuzów również otoczonej szczytami, a stamtąd dość długa droga do czoła lodowca Grey.  Całość można spokojnie przejść w 4 dni.

Szlak „O” biegnie dookoła parku i przewidziany jest na dni 7. Więcej lasów, więcej gór do jakich przyzwyczaiły Karpaty, jeziora i znowu lodowiec Grey.

Jako, że jesteśmy nienasyceni, postanowiliśmy przejść ile tylko się da, mając jedzenia na dni siedem. No i udaje się nam przejść wszystko, oba szlaki. Jedynie w campamiento Torres nasz namiot zostaje przygnieciony 36-godzinnym ciągłym deszczem, a my w nim. Niestety, Torre de Agostini i jego dwa bracia są całkowicie zasłonięci chmurami i nic nie daje czekanie na choćby pół godziny dobrej pogody. Może następnym razem się uda… Ale potem ruszamy dookoła parku, szlakiem „O” i jako, że nocujemy w miejscach raczej niekonwencjonalnych ;), udaje nam się zobaczyć rankiem przepiękne sokoły, no i najważniejsze…. pumę z małym. Widok raczej rzadki, szczególnie po pożarze.  Następnie dwie doby marszu i jesteśmy już z od zachodniej strony, nad lodowcem Grey. Ostatni dzień to walka z czasem, pyłem i sadzą pozostałymi po pożarze podnoszonymi bardzo silnym wiatrem. Nie mamy już prawie w ogóle jedzenia (został ostatni pakiet mleka z dodatkami, nasz tajny przepis ;)), gazu i ochoty nocować na głodnego w parku. Zatem idziemy jak najszybciej, aby dojść do drogi, gdzie będzie można spotkać jakąś dobrą duszę, która zabierze nas do miasteczka. Ponad 42 kilometry, 13 godzin marszu i udaje się. W podmuchach wiatru, który od kilku godzin próbuje nas przewrócić i oślepić, docieramy do drogi, gdzie pierwszy przejeżdżający (po godzinie) samochód zabiera nas prosto do ciepłego mieszkania naszych hostów w Puerto Natales.

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 9 kwietnia 2012.

Jedna odpowiedź to “8-15.03.2012 – Torres del Paine – Błękitne Wieże”

  1. super opis SUPER FOTO

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: