21-25.02.2012 – Puerto Montt i wyspa Chiloe, czyli Kraina Deszczowców ;)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Zimno i deszcz – pierwszy od początku naszej podroży. My stoimy i mokniemy. Mokniemy, mokniemy, i tak przez 2 godziny. Brakuje nam tylko 20 kilometrów, więc decydujemy się na autobus – pierwszy raz w Chile. Nie mamy pieniędzy, ale to nie problem. Kierowca zatrzymuje się przy bankomacie. Godzina i jesteśmy w Puerto Montt. Tutaj tez pada. Cale szczęście znajdujemy hosta. Jak to mówią Chilijczycy “muy buena onda”, czyli świetny człowiek. Felipe zabiera nas do domu, gdzie z jego kuzynkami spędzamy długie godziny na ciekawej rozmowie popijając mate.

Następnego dnia nie pada, wybieramy się więc na Chiloe. Chiloe to wyspa – druga co do wielkości w Chile. Można się na nią dostać promem, który dla pasażerów „na piechotę” kosztuje ok. 4 zł. Mamy szczęście w trakcie przeprawy zobaczyć  stadko delfinów chilijskich (Cephalorhynchus eutropia). Są mniejsze niż ich kuzyni spod równika, ale równie pełne gracji. Noc spędzamy na plaży niedaleko Chacao. Rano można zobaczyć spacerowiczów z wiadrami, którzy wybrali się na zbiory owoców morza. Dla nas nie jest to rarytas, ale mieszkańcy Chiloe są nimi wprost zachwyceni. Dlatego typową tutaj potrawą jest curanto. Potrawa ta tradycyjnie przygotowywana jest w wykopanej w ziemi dziurze. Dziurę wykłada się kamieniami i liśćmi i wrzuca się wszystko, co wpadnie do ręki. Ważne, żeby było dużo. Niestety, słowo wszystko oznacza w tym przypadku głównie mięso. Do garnka trafiają wszystkie gatunki mięsa, które akurat po ręką się znajdują, zmieszane ze świeżo zebranymi małżami w muszelkach. Córka naszej gospodyni zdradza nam, że najlepiej smakują małże gotowane na żywo. Do tej mięsnej mieszanki wrzuca się trochę ziemniaków i ziemniaczane placuszki. Wszystko gotuje się, w zależności od tego, czy dziurę w ziemi zastąpimy garnkiem, od  40 minut do półtorej godziny. Efekt jest … No cóż tu dużo mówić, trzeba spróbować.

Środek wyspy – Castro – urokliwe miasteczko. Wbrew pozorom nie mające niczego wspólnego z Fidelem. Ciekawą architekturę można tu zobaczyć zwłaszcza w pobliżu zatoki, gdzie do dzisiaj stoją domki na palach.

Z Castro udajemy się do zachodniej części wyspy blisko Cucao. Przyroda rzeczywiście magiczna, wzgórza, mgły, morze. Szkoda, że wszystko otoczone drutem kolczastym, o którym trzeba napisać osobno. My tymczasem rozbijamy namiocik tuż przy plaży i czekamy następnego dnia, w którym chcemy ruszyć na podbój bliskiego Parku Narodowego Chiloe. Cóż jednak, że chcemy. Ranek wita nas spora ulewą, która niestety nie odpuszcza przez dzień cały. Zatem zwiedzamy tylko okolice naszej plaży oraz Cucao, udaje się ustrzelić aparatem nieco uskrzydlonej przyrody, a następnego dnia już uciekamy w kierunku Puerto Montt. Niestety, pogoda nie dała nam tutaj wielu szans.

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 24 marca 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: