16-18.02.2012 – czyli, jak nas Lanin potraktował ;)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Villarica tuż obok, a my nie możemy na nią wejść. Niestety, nie mamy ze sobą raków, które w partii podszczytowej są ponoć niezbędne. Pożyczyć akurat teraz nie bardzo można, kupować nie bardzo jest co. Ale Mariusz, którego spotkaliśmy u Jorge i Paoli, dwa dni wcześniej wrócił z Lanina (3776m npm.), wulkanu na samej granicy argentyńsko-chilijskiej. Nie dość, że sporo od Villarici wyższy, to jeszcze jest możliwość wejścia bez raków. Do tego pogoda była u niego wymarzona i nie zapowiada się na zmiany. Ha! Zatem następnego dnia ruszamy jak najszybciej się da. Cóż z tego, skoro akurat dziś autostopowe szczęście nam nie sprzyja i jesteśmy u stóp wulkanu wieczorem. Jeszcze tylko kilka kilometrów podejścia i trzeba rozbić namiot. Mocno pochmurny poranek zastaje nas zbierających wszystko i pędzących ile sił w górę. Cóż… sił można mieć sporo, ale czas również się przydaje. Cała praktycznie góra usypana jest z większych, mniejszych, malutkich i tycich kamyczków. Dwa kroki robimy w górę, jeden zjeżdżamy w dół. Na szczęście od czasu do czasu zbocza porasta jakaś kolczasta roślinność i to chyba dzięki niej się to wszystko jeszcze nie rozsypało. Taką drogą można iść nieco szybciej, za to połowa kolców zostaje na naszych osobach. Cóż… idziemy, idziemy i końca nie widać. Godzina 15, wiatr staje się coraz silniejszy, chmury już od jakiegoś czasu nas otaczają. Zaczynają się pola śnieżne, co miało zwiastować szczyt. Śnieg mokry i bardzo pomocny przy wchodzeniu. Szybko przechodzimy naprawdę sporo metrów w górę. Tyle, że zaczyna teraz wiać, ale tak z całego serca. Wiatr łapie za plecak, przewraca i ciągnie kilka metrów po zboczu.  Raz, drugi i trzeci. To jeszcze nie byłoby takie najgorsze, gdyby nie fakt, że wiatr niesie ze sobą gigantyczną falę deszczu. A ten pada nie tak, jak przystało na deszcz, czyli w dół, ale pod kątem 60 stopni w górę. Przez moment nawet jest to pomocne, wchodzimy jeszcze szybciej. Po pewnym czasie jednak niewiele już widać, zatem decydujemy się rozbić namiot. Niestety, wiatr nie daje nam takich możliwości, wyrywając wszystko z rąk i grożąc połamaniem masztów. Zatem w dół, w dół, na z góry upatrzone pozycje 😉 We mgle nie bardzo można je jednak znaleźć, a wiatr robi z nas szmaciane lalki rzucane po całym zboczu. Na szczęście schodzimy w miarę szybko, oczywiście do czasu, kiedy siły nas nie opuszczą, a zejście nie stanie się zbyt niebezpieczne z tego właśnie względu. Zimno okrutnie, wiatr z deszczem hula po zboczu i sypie nam piaskiem w twarz. Nic nie widać, zatem trzeba się gdzieś zatrzymać. Byłoby niedobrze złamać czy skręcić teraz nogę. Wreszcie jakieś miejsce w miarę dobre na rozbicie namiotu, który jednak ledwo wytrzymuje napór wiatru. Do tego okazuje się, że jeden śpiwór nie był zbyt szczelnie zawinięty w pokrowiec i przemókł doszczętnie. Jakoś jednak mieścimy się w tym jednym i czekamy ranka. Noc jednak okazuje się baaardzo długa. Po kilku godzinach rozpoczyna się pierwsza od dłuższego czasu burza. Grzmoty, szum deszczu, błyskawice… Bardzo to romantyczne do czasu, kiedy błysk zaczyna zlewać się z grzmotem. Znaczy to, że jakoś blisko nas lądują te wyładowania. Najprawdopodobniej w odległym o 50 metrów potoku. Ale, jak zwykle mamy szczęście i tylko rano ciężko założyć zupełnie mokre ubrania. Pogoda ciągle marna zatem z nosem zwieszonym na kwintę udajemy się w drogę powrotną…

Cóż, góra dała nam się we znaki. Szkoda, bo tylko ok. 300 m zabrakło do szczytu. Zyskaliśmy za to dodatkową motywację do powrotu 🙂

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 22 marca 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: