7-9.02.2012 – Conguillio, czyli przez Californię do Sierra Nevada

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Pranie zrobione, pogoda idealna, a my gotowi do drogi. Jedziemy do Conguillio… przez Californię 🙂 Droga coraz węższa, samochodów coraz mniej, ale za to przyrody coraz więcej. Niestety, w Chile po wielu parkach narodowych można jeździć samochodem, oczywiście po wyznaczonych obszarach. Tym właśnie sposobem docieramy nad jezioro Conguillio, po drodze dowiadując się od naszego kierowcy-lekarza o dość poważnym niebezpieczeństwie czyhającym na podróżników chcących rozbić swój namiot wśród krzewów i traw. W tym rejonie myszy są nosicielami Hantawirusa, który potrafi zaatakować człowieka i nie daje mu zbyt wiele czasu. Najgorsze, że wcale nie trzeba być ugryzionym (jak to sobie wyobrażaliśmy). Wirus kryje się w moczu myszek i rozprzestrzenia na zasadzie aerozolu. Wystarczy odetchnąć powietrzem w miejscu, gdzie taka myszka ma swoją toaletę. Oczywiście trzeba by mieć nos przy ziemi, ale akurat o to nietrudno nocując w namiocie się. Prawie 50 procentowa śmiertelność po trzecim dniu choroby będącej czymś w rodzaju bardzo poważnego zapalenia płuc. Na szczęście w tym roku nasz kierowca miał jedynie 3 przypadki, z czego jeden zakończył się śmiercią, zatem mamy nadzieję, że nas to ominie. Poza tym znamy symptomy choroby, która przez pierwsze dwa dni objawia się jedynie podwyższoną gorączką, aby trzeciego dnia gwałtownie zaatakować płuca.

W końcu docieramy na miejsce. Niewielka grupka plażowiczów smaży się w słonku nad jeziorem, w którego tafli odbijają się ośnieżone szczyty Sierra Nevada. My jednak zamiast słoneczka szukamy (jako pierwsi) orzeźwienia w lazurowej wodzie. I co dziwne Chilijczycy idą za naszym przykładem i za chwilę połowa plaży już pluska się w zimnej wodzie. Krótki odpoczynek i udajemy się w kierunku górujących nad jeziorem szczytów. Początkowo chcieliśmy wejść na najwyższy tutaj wulkan Llaima (3125 m npm.), jednakże wybieramy region sporo piękniejszy, pełen niespotykanych u nas lasów oraz mnóstwa niewielkich kaskad spadających ze zboczy Sierra Nevada. Późne popołudnie, a my zaczynamy piąć się pod górę, po drodze mijając sporo schodzących osób. Biwakowanie na dziko nie jest tutaj zabronione, jednakże trzeba wybrać miejsce, gdzie nie zostanie po nas ślad. W miejscu gdzie kończy się roślinność, a zaczynają wulkaniczne skały znajdujemy piękną polanę wysypaną czarnym, wygodnym piaskiem. Zachód słońca z widokiem na Llaimę i jeziora u jej stóp jest niezapomniany. Wszystko to wśród niezliczonych wodospadów oraz niezwykłej urody drzew, jakby żywcem wyjętych z Parku Jurajskiego. To araukarie chilijskie, które tak nas urzekły, że jeszcze o nich napiszemy 🙂

Niestety nasz plan pozostania w parku jeszcze dzień lub dwa nie powiódł się z bardzo prozaicznych przyczyn… zabiły go ceny jedzenia. Jak się okazało tutejszy chleb, czyli bułeczki, można tu kupić za „jedyne” 4,50 zł od sztuki. Dla porównania w sklepie w pobliskim miasteczku 6 zł od kilograma. Niestety do pobliskiego miasteczka – Curacautin, mieliśmy ok. 70 km. I do tego ponowna zapłata za wejście do parku, która do tanich też nie należy – 4500 chilijskich pesos, czyli ponad 30 zł od osoby. Postanowiliśmy więc zdezerterować z parku i na przyszłość zawsze nosić ze sobą żelazny zapas suchego jedzenia, na tzw. wszelki wypadek.

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 7 marca 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: