1-4.02.2012 – Curico i Siete Tazas – nareszcie zielono :)

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wieczorem ruszamy w stronę Curico. Po chwili jazdy z sympatycznym kierowcą zatrzymujemy się przy przydrożnym stoisku, gdzie owoce sprzedaje typowy chilijski guaso. Wychylamy się z tira bardziej w poszukiwaniu miejsca na nocleg, niż nocnych zakupów i nie uchodzimy uwadze sprzedawcy. On jednak, zamiast dbać o biznes, obdarowuje nas skrzynką nektarynek i… ponad 3 kilogramowym melonem. To nie pierwszy raz, kiedy otrzymujemy prezent od dopiero co spotkanej osoby. Dzieje się tak dlatego, że Chilijczycy to niesamowicie uczynni i otwarci ludzie. Jest to jeden z powodów ogromnej popularności autostopu. Na początku stycznia, czyli początku tutejszych wakacji, młodzież chilijska (i nie tylko) „viaja a dedo”, a tłumacząc dosłownie wyrusza w podróż na tzw. „palec”. Ma to swoje plusy i minusy. Kierowcy są przyzwyczajeni, czasem z własnymi autostopowymi doświadczeniami, nie boją się zabierać przydrożnych podróżników. Jednak jeśli na drodze ustawia się ich kolejka, nie jest już tak łatwo. Niektórzy, aby zostać zauważeni uciekają się do bardziej nietypowych sposobów. Dlatego można tu zobaczyć zarówno amatorów chilijskiej flagi, jak i profesjonalnych żonglerów. Nie brak też grup łapiących stopa na tzw. leniwca, to znaczy jeden łapie, a trzech się leni. My mamy własny wypracowany sposób, czyli uśmiech czyni cuda. Trzeba jednak przyznać, że nie tylko przyjazne nastawienie kierowców jest przyczyną mody na autostop. Sprawiają to przede wszystkim wysokie ceny paliwa, a co za tym idzie środków transportu. Do tego chilijskie odległości… Skutek jest jeden: nie wszyscy mogą pozwolić sobie na bilet.

Następnego dnia rano docieramy do Curico. Nie możemy nacieszyć się zielenią. Jednak 3 tygodnie podróży przez pustynię trochę nas zmęczyły. A tutaj trafiliśmy do krainy pól. Krajobraz jak z Prowansji. Wokół plantacje winogron, melonów, pomarańczy, nektarynek i wszystkiego, czego zapragnie dusza i żołądek. Korzystamy z okazji i przyrządzamy sobie sałatkę owocową. Trzeba wykorzystać sezon, który trwa tu do marca. Potem ceny rosną, a owoce już nie.

Curico nie jest miejscem turystycznym, więc nie ma zbyt wiele atrakcji. Nie jest to na pewno jego wada – można naprawdę się zrelaksować. Spędzamy tutaj dwa dni delektując się sielskim klimatem, rowerowymi wycieczkami, rozmowami z naszym hostem i dobrym winem. Wino rzeczywiście dobre, bowiem pijemy je prosto z bodegi od znajomego naszego hosta- Francuza Philipe, producenta i eksportera wina. U niego mieliśmy okazję spróbować prawdziwy unikat – pierwsze wino z nowej linii, której produkcję ma rozpocząć. Co ciekawe niektóre z jego win można kupić w Polsce, gdyż jest on dostawcą Marka Kondrata.

Nasz host Edgard, architekt i właściciel firmy budowlanej realizuje obecnie projekt socjalny, odbudowy zniszczonych przez trzęsienie ziemi domów uboższej części społeczeństwa. Dzięki niemu mamy możliwość zobaczyć okoliczne wioski. Dowiadujemy się również, że obecnie wszystkie domy konstruowane na tych terenach są odporne na trzęsienia ziemi średniego stopnia. Silnym trzęsieniom (powyżej 8,5 stopnia w skali Richtera) większość budynków się niestety nie oprze. Takie kataklizmy nawiedzają ten kraj, a w szczególności jego centralny obszar, średnio raz na 10 lat. Oczywiście ziemia drży tu dużo częściej, ale już w nie tak groźny sposób.

Po wizycie w Curico odwiedzamy pobliski Park Narodowy Siete Tazas. Znajdujemy urocze miejsce na małej polance nad rzeką, sporo oddalone od znajdujących się dookoła hałaśliwych kempingów. Pierwsze co zauważamy po wejściu do parku to grupa chilijskich skautów próbująca wtaszczyć pod górę lodówkę. Okazała się, że lekka to ona nie była (60 kilo martwej wagi;) o czym przekonał się Marek pomagając im ją wnieść. Gdyby nie to, pewnie wnosiliby ją do dzisiaj 😉 Całe szczęście, że my jesteśmy tutaj tylko z lekkim bagażem – nasze plecaki nie ważą więcej niż 25 kilogramów – w „cięższych” okresach.

Siete Tazas to pierwsze, patrząc od północy Chile, zielone i zalesione miejsce. Ze względu na szybki dojazd roi się tutaj od spragnionych natury mieszkańców stolicy. Dla nas jednak jeden dzień to aż nadto, żeby zwiedzić wszystko, choć trzeba przyznać, że wyżłobiony w wapieniu kanion jest przepiękny. Do tego lazurowa woda, bezchmurne niebo i kilka wodospadów. Cóż z tego, skoro podczas radosnego skoku z jednego brzegu na drugi, nasz nikon d200 uderza z pełną siłą o skałę. Oczywiście ten model jest wyjątkowo pancerny, ale mimo to pojawia się spore pęknięcie w magnezowej obudowie. Nie byłoby tak źle, gdyby nie fakt, że odpadł obiektyw :/ Notabene, po raz drugi, gdyż pierwszy raz miało to miejsce w Ekwadorze. Jeśli ktoś nam jeszcze raz powie, że plastikowy bagnet w nikkorze 18-105 jest wytrzymały, otrzyma go od nas jako dar wiecznej przyjaźni 😉 Teraz nie pozostaje nic innego, jak po raz kolejny sprowadzić go z Polski, gdyż w całej Ameryce Południowej nie ma tej nieszczęsnej części…

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 28 lutego 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: