24-26.01.2012 – po jednej i drugiej stronie granicy – Peru vs. Chile

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wczesny ranek i jesteśmy w Tacnie. Przygraniczne miasteczko, w którym pełno niezbyt lubianych w Peru Chilijczyków, z którymi przywędrowały też ichniejsze ceny. A przynajmniej ich zapowiedź. Wszystko dwa razy droższe niż w Arequipie czy nawet Limie, ale nie zamierzamy tutaj spędzać więcej czasu. Miasto jednak dość urokliwe i czyste, z piękną aleją wysadzaną palmami, która ciągnie się, jak okiem sięgnąć. My jednak nie sięgamy tak daleko i uciekamy na pustą drogę wiodącą w stronę granicy. Dwa miłe spotkania, 50 kilometrów i już stoimy w kolejce chętnych do świata nieco innego niż ten znany nam z Peru i Ekwadoru. Zapobiegliwie pochłaniamy nasze zapasy owoców i warzyw (nie jest tego wiele;), gdyż granica ta jest bardzo szczelna dla takich produktów. Żadne jabłko, marchewka czy banan się nie przedostaną. Mięso i mleczne przetwory również nie. Dla specyficznej muszki pożerającej te przysmaki droga do Chile jest zamknięta. Jeśli nawet komuś uda się ja przemycić, ciężka czeka ją przeprawa. Prawie dwa tysiące kilometrów pustyni do La Sereny, gdzie zaczyna się zielenić i będzie miała szanse przetrwać. My jednak nie chcemy wywołać kryzysu państwowego i wszystkie muszki zostawiamy w przydrożnym koszu na śmieci. W końcu są to peruwiańscy obywatele.

Przechodzimy granicę i pierwszy przejeżdżający samochód zatrzymuje się tuż koło nas. Bez machania i czekania. Z przemiłym małżeństwem jedziemy na plażę przy Arice, gdzie nas zostawiają zaopatrując w napoje i wizytówkę „w razie gdyby coś się działo”. Nie ma co mówić. Chile wita nas naprawdę miło 🙂

Przepiękna plaża, tradycyjnie mnóstwo ptaków, wysokie i silne fale, a woda całkiem zimna. I policja, która zatrzymuje się przy nas i grzecznie ostrzega, że w tym miejscu kąpiel jest dość niebezpieczna, ale całkiem dozwolona. Zachód słońca niesamowity, a w falach tonie nie tylko słońce, ale również dwie dziwne łodzie z trzciny, przywiezione tutaj przez miejscowych entuzjastów wiosłowania. Po godzinie jedna wraca, a drugą jakimś sposobem wyciągają angażując 15 osób.

Poranek, znowu ptaki i znowu szybki stop do centrum Arici. Miasteczko typowo turystyczne, z mnóstwem wakacyjnych i nie tylko, podróżników. Przy wyjeździe z miasta spotykamy pierwszych stopowiczów. Para z Brazylii i chłopak z Rosji. W trójkę nie idzie im najlepiej, ale nie zrażają się niepowodzeniami. Zdradzają nam plan podróży do San Pedro de Atacama i tak barwnie opisują miejsce, że my również postanawiamy się tam udać. Szczęścia mamy może nieco więcej, a to, że jesteśmy w dwójkę skutkuje szybszym złapaniem stopa. Kilka godzin jazdy i nocą postanawiamy rozbić namiot w sercu parku Pampa de Tamarugal, pustyni pokrytej krzewami o ostrych jak igły kolcach. Miejsce naprawdę niezwykłe z bardzo ciekawą powierzchnią zbudowaną z soli i chyba również saletry.

Kolejny poranek i znowu… Pierwszy przejeżdżający się TIR zabiera nas dalej, a potem się już toczy. Stop za stopem i późnym wieczorem jesteśmy na pustyni Atacama, kilka kilometrów od San Pedro. Namiot rozbity w Księżycowej Dolinie, pełnej wiatru i cieni otaczających nas skał.

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 15 lutego 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: