13-14.01.2012 – ostatni skrawek Limy, Pucusana

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Wróćmy do naszego niezwykłego stopa z Limy… Słonko zachodzi, smog nad niedaleką Limą przybiera czerwonawe barwy, a my stoimy przy Panamericanie i machamy, machamy, machamy… Nie do wszystkich, ale na szczęście taksówek na wyjeździe ze stolicy Peru jest raczej mało. Próbujemy cos zatrzymać, choć ciągle zastanawiamy się, czy da się wejść na teren pobliskich ruin Pachacamac, aby się rozbić. Oczywiście myślimy o tym z przymrużeniem oka, ale pobliska plaża jest bardzo realna. Tyle tylko, że rozbicie namiotu w takim miejscu może zaowocować pozbyciem się namiotu i wszystkiego co w nim, poza naszymi skromnymi osobami.

Na szczęście zatrzymuje się dwóch przemiłych chłopaków, jadących do pobliskiej Pucusany. Ostatni dystrykt Limy, jedyne 80 kilometrów od jej centrum. Eli okazuje się całkiem nieźle mówić po angielsku, co nie jest tutaj zbyt powszechne. Jest szefem w rodzinnej pizzerii, a do tego właścicielem rodzinnego sklepiku, w którym przez najbliższe 24 godziny będziemy się zaopatrywać 🙂 Eli tak skutecznie reklamuje nam nie tylko Pucusanę, ale przede wszystkim swoją mamę, że rezygnujemy z naszych planów podążania Panamericaną w kierunku Ici i decydujemy się jechać razem z nim.

Mama Eli – Elena Prado okazuje się rzeczywiście niezwykłą kobietą i następne 2 godziny spędzamy w pizzerii na rozmowie z nią. Prowadzi ona w Pucusanie dosyć nietypową szkołę – Colegio Pierre Laplace. Młodzież może uczyć się w niej w sposób efektywny i ciekawy, co w szkołach publicznych w Peru, czy Ekwadorze jest rzadkością. Co ciekawe, w szkole języka angielskiego i francuskiego uczą native speakerzy – wolontariusze, którym Pani Elena zapewnia mieszkanie w zamian za pracę z dziećmi.

Jednak nie tylko nauka jest ważna w „colegio”. Jak się dowiedzieliśmy, Pucusana jest najbiedniejszym dystryktem Limy. Większość mieszkańców to rybacy, których praca ogranicza się do 3 miesięcy w roku, gdyż tylko wtedy ryby przypływają do pobliskiej zatoki. Dochód z tego okresu musi wystarczyć na wyżywienie rodziny przez cały rok. Dlatego Pani Elena próbuje w różny sposób aktywizować do pracy kobiety i starsze dzieci. Przykładem tego jest wykonywanie ciekawych koszyczków z papieru, różnego rodzaju ozdób w kształcie ptaków, ryb czy statków. Wszystko to z duchem obecnej mody na materiały ekologiczne, gdyż wszystkie używane do produkcji środki to rzeczy już zużyte i w innym wypadku trafiłyby na śmietnik. Oczywiście nie do końca podyktowane jest to ekologią, raczej koniecznością. Stare gazety, kawałki drewna, naturalne barwniki, klej są łatwo dostępne nawet dla najbiedniejszych rodzin. Wymaga to wszystko benedyktyńskiej cierpliwości i ogromnej precyzji, ale ma jeszcze tę zaletę, że cała rodzina bez wyjątku może pracować razem i każdy ma swoje zadanie do wykonania, a przede wszystkim w „bezrybnych” miesiącach mają jakiś zarobek. Wszystkie te rzeczy Pani Elena stara się bowiem sprzedać w pobliskiej Limie, bądź przyjeżdżającym do Pucusany turystom.

Jednak nie tylko praca w szkole jest zajęciem Pani Eleny. Ostatnio zdobyła pieniądze na kupno sprzętu do lokalnego szpitala. Uczy też mieszkańców ekologicznego sposobu życia organizując, co jakiś czas akcje sadzenia drzewek, czy sprzątania plaży. A trzeba pamiętać, że drzew w tych okolicach praktycznie nie ma, gdyż gleba jest niesamowicie zasolona i jedyną możliwością jest przywiezienie gleby oraz sadzonek i regularne ich podlewanie. Za to śmieci na plażach dostatek, zatem obie akcje są całkiem sensowne 🙂

Jeśli ktoś byłby bliżej zainteresowany działalnością Eleny Prado, bądź wolontariatem w Peru podajemy adres strony w j. hiszpańskim: www.pierrelaplace.com

I jeszcze strona Pucusany, którą podała nam Pani Elena: www.pucusanaperu.com

A co do samej Pucusany, to trzeba przyznać, że miejsce ma duży potencjał. Piękne plaże, najbliższa brzegu wyspa w całym Peru (do tego z latarnią morską), klify i ogrom ptactwa. W miasteczku urokliwy port, w którym akurat teraz praca idzie pełną parą, a łodzi rybackich jest całe mnóstwo. Proponowano nam rozbicie się na którejś z plaż, twierdząc, że jest bezpiecznie. Nie mamy jednak na tyle zaufania do rozweselonej już wieczorem rybackiej braci i nasz namiocik rozbijamy na szczycie klifu górującego nad miasteczkiem. Piękny widok w obie strony, choć i w te okolice trafili jacyś miłośnicy rozmów o północy i mocniejszych trunków. Na szczęście każda ze stron zachowała neutralność i nie musieliśmy towarzyszyć wesołej kompanii 🙂

Poranek niesamowity – budzi nas wesoła kompania, ale tym razem innego rodzaju 🙂 Mamy szczęście zobaczyć pierwsze loty młodych ptaków, bo przecież tutaj to dopiero początek lata. Robimy kilka fotek i udajemy się na poszukiwanie śniadania. Okazuje się to rzeczą niełatwą ze względu na ceny ustalone naprędce po spojrzeniu na nasze białe twarze. Trafiamy więc z powrotem do sklepiku Eli, a stamtąd na plażę Naplo. Tam pierwszy raz widzimy foki, które jak się potem okazuje nie są wcale fokami, ale lwami morskimi – foki tutaj nie występują.

Krótka powtórka z biologii i już wiemy, jak odróżnić fokę od lwa morskiego. Tutaj kilka różnic. Lwy morskie mają widoczne uszy i wyraźnie wyodrębnioną szyję, a foki takowych nie posiadają. Do tego foki, aby poruszać się na lądzie muszą podpierać się brzuchami, lwy morskie „chodzą” na płetwach, co mieliśmy okazję zaobserwować. Całkiem sprawnie im to idzie 🙂 Foki są za to znacznie lepszymi nurkami.

Przy okazji tego spotkania poznajemy trzy niezwykle sympatyczne, młode osóbki płci żeńskiej, które uczą nas, co to mui-mui. Przynajmniej tak się to tutaj nazywa, ale jakoś nie możemy znaleźć poprawnej hiszpańskiej nazwy. Po angielsku jest to „sand crab”. To malutki skorupiak żyjący na w piasku i będący podstawowym pożywieniem wielu ptaków, który gdy się go wyciągnie, ucieka ile sił w iluś tam odnóżach. Osóbki nie mogły się z nami rozstać, ale na sam koniec trochę nas zaskoczyły prośbą o pieniądze. Nie mamy w zwyczaju wspomagać w ten sposób dzieci, gdyż do niczego dobrego to nie prowadzi, ale jedzenia nie mogliśmy odmówić.

Ostatnie spotkanie z Elim i znów nie odmawia nam pomocy. Jedziemy z nim na autostradę i w miłej atmosferze zaczynamy łapać stopa w kierunku Parku Narodowego Paracas.

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 27 stycznia 2012.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: