Santo Domingo de los Colorados

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Santo Domingo de los Tsachilas, zwane również de los Colorados. 133 km od Quito, powierzchnia 3,523 km2, 655 m npm., średnia temperatura 22,9 st., klimat tropikalny wilgotny. Od nazwy los Colorados zaczyna się odchodzić, gdyż jest mało poprawna politycznie względem większości mieszkającej tutaj ludności. Szczególnie wobec indigenos, czyli rdzennej ludności, Indian Tsachila. Wg encyklopedii miasto liczy 260 tys ludzi. Wg ulotki promującej miasto – 326 tysięcy. Wg osób, które nieco się orientują – ponad 400 tysięcy. Nikt tego nie wie i brak wiarygodnych statystyk. Mnóstwo ludzi przyjeżdża tutaj i mieszka przez wiele lat, nigdzie się nie rejestrując, będąc niewidzialnymi dla tutejszych urzędów. Ale ci, którzy przyjeżdżają stanowią mniejszość. Najważniejsi są ci, którzy się rodzą. Rodzą z szybkością niespotykaną w Europie, Australii czy Ameryce Północnej. Tempo przyrostu naturalnego to 22 procent. Mnóstwo z tych dzieci jest nierejestrowanych, nieistniejących dla nikogo poza rodzicami. A często zdarza się, że i dla rodziców przestają istnieć. Jeśli mają szczęście, zaczynają istnieć dla którejś z licznych tutejszych organizacji zajmujących się dziećmi porzuconymi, dziećmi z rodzin rozbitych bądź takich, w których rządzi przemoc.

Santo Domingo… Miasto, o którym niektórzy mówią, że powinno być natychmiast zbombardowane i tylko części ludności powinno się wcześniej powiedzieć o takowym zamiarze. Oczywiście, uważamy to za grubą przesadę, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy w dobrym nastroju 🙂 Miasto, gdzie architektura opiera się na przypadkowej zbieraninie jedno bądź dwupiętrowych klocków z betonu, całych ulic i kwartałów takich domków stojących ściana przy ścianie i odgrodzonych od ulicy wysokimi murami, płotami pod napięciem, drutami kolczastymi i kratami. Sklepikarze spoglądają przez stalowe żaluzje, które otwierają się rzadko i tylko wtedy, gdy kupujący nie wygląda zbyt groźnie. Wszystko zaczyna tutaj żyć około godziny 6 rano, a kończy życie 13 godzin później. Przynajmniej w większości dzielnic nie będących ścisłym centrum. Po zachodzie słońca wszelkie bramy się zamykają i tylko liczne taksówki krążące między jedną bramą a drugą mówią, ze życie ciągle się jednak toczy, a ludzie przemieszczają się również po zmroku. I nie jest to styl życia wynikły jedynie z kaprysu mieszkańców. Niestety, jest to styl życia wynikły z konieczności dopasowania się do realiów tutaj panujących. Po zmroku można spotkać różnorakie osobistości, których należy się wystrzegać, jak tylko się da. A to dlatego, że spotkanie takie z reguły owocuje zmianą stanu posiadania obu stron. I dobrze jeśli jest to zmiana (albo zamiana ;)) jedynie rzeczy materialnych. Bo zdarza się bardzo różnie. Zatem tylko taksówki i najlepiej zamówione przez telefon. To daje w miarę dużą nadzieję, że taksówkarz będzie prawdziwym taksówkarzem i nie będzie należał do ciemnej strony mocy. Taksówki są tutaj na szczęście dość tanie, czyli od 1 do 2 dolarów. Oczywiście wszyscy nie wyglądający, jakby żyli tutaj od sześciu pokoleń, muszą płacić około 50 centów więcej. Można walczyć, można się kłócić i czasami to skutkuje. Tylko potem człowiek ma skwaszony humor przez czas jakiś, więc zawsze zastanawiam się czy warto. Z drugiej strony, jeśli człowieka jawnie oszukują, to nastrój też nie jest wybitny. Na szczęście zdarzają się taksówkarze uczciwi, którzy ratują honor tej grupy społecznej (przynajmniej w naszych oczach ;)) Z drugiej strony oni również nie mają lekko, gdyż ciemna strona często do nich puka. A jeśli nawet ominie ich taki przypadek, zawsze mają ogromna ilość adrenaliny we krwi wywołaną tutejszym stylem jazdy oraz brakiem przykryć studzienek burzowych na głównych drogach miasta. Taka klapa od kanału to jakieś 5 dolarów dla złomiarza i mnóstwo ciepłych słów dla niego ze strony kierowcy, który wpada w nieprzykrytą studzienkę przy prędkości 90 km na godzinę.

Naturalnie Santo Domingo ma również pozytywne cechy. Jedną z nich jest dworzec, z którego co chwila odchodzą autobusy do wszystkich zakątków Ekwadoru. Idealny punkt przesiadkowy do miejsc, które warto odwiedzić 🙂 Ale poważniej mówiąc, jest tutaj na pewno wiele miejsc wartych uwagi. Jeśli nie w samym mieście, to na jego obrzeżach, bądź okolicach. Obok nas znajduje się wzgórze Bomboli, z którego roztacza się przepiękny widok na całe miasto. Wzgórze jest pod ochroną z racji na swoje walory ekologiczne. W lesie je porastającym sporo różnych typów orchidei, paproci i roślin oznaczonych, jako cenne. Jest to również dom tysięcy kolibrów, z których słynie cały Ekwador. Podobne atrakcje zapewnią ogrody La Carolina oraz rezerwat ekologiczny Mariano Chanchay. Można również wyjechać pod miasto i każdy będzie oszołomiony kontrastem między miastem pełnym betonu i spalin, a rejonami pełnymi naprawdę pięknej i dzikiej przyrody. Szczególnie urokliwe są rzeki: Toachi, Blanco, Baba, Meme, Mulaute, na których rafting czy kajakowanie przynosi dużo adrenaliny. Ale, ale… ten wpis miał dotyczyć miasta, a nie jego okolic. Cóż… w samym mieście jest znakomity basen, a raczej cały kompleks basenów pod gołym niebem. W ciągu tygodnia o godzinie 13 jesteśmy tam jedynymi gośćmi, a cała błękitna i pełna chloru połać wody jest nasza. Za 3 dolary.. na cały dzień (choć my spędzamy tu całe 1,5 godziny)… Nie jest to może tanio, jak na tutejsze warunki, ale można nieco odpocząć od zgiełku i konieczności uważania na każdy swój krok.

Najpopularniejszym miejscem spotkań tutejszej ludności jest jednak Shopping Center, czyli rodzaj krakowskiej Galerii Kazimierz. Wszystko wygląda podobnie jak u nas, zatem można poczuć się swojsko, a bezpieczeństwa pilnują gigantyczni herosi uzbrojeni w broń długą, krótką, sieczną, obuchową i pokryci od stóp do głów kevlarem. Pełen komfort psychiczny dla klientów.

Poza tym w mieście są urokliwe targi, gdzie można kupić każdy owoc, jaki rośnie w Ekwadorze (a jest ich sporo). Każdy rodzaj ryby, rybki, małży, kalmara, krewetki i wszystkiego co żywe, a miało nieszczęście znaleźć się w sieci ekwadorskiego rybaka. Wszystkie rodzaje mięsa z naciskiem na nieśmiertelną wieprzowinę podawaną w każdej chyba formie. No i oczywiście ubrania, ubrania, ubrania…. Cały ogrom. Jeśli jednak ktoś sądzi, ze zaopatrzy się w piękne wyroby rodzimego rzemiosła, tradycyjne stroje indiańskie bądź te pochodzące z wybrzeża, musi szybko zakopać marzenia gdzieś głęboko w swojej głowie i cieszyć się wyrobami rodzimego chińskiego rzemiosła, jakich pełno na każdym europejskim rynku czy ryneczku. Znajdzie wszystko to, co u siebie z wyjątkiem butów powyżej rozmiaru 43. Choć podobno jest szansa na większe gumowce w Shopping Center. Jak widać Europa wchodzi wielkimi but… krokami 😉

Reklamy

~ - autor: Los Polacos w dniu 18 listopada 2011.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

 
%d blogerów lubi to: