28-30.06.2012 – Toro Toro, czyli w Krainie Dinozaurów

•12 marca 2013 • 2 Komentarze

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Do Torotoro dojeżdżamy sporo po północy. Nie ma jednak potrzeby martwić się o miejsce do spania. Każdy autobus przyjeżdżający tutaj wita grupa naganiaczy i nawoływaczy. Jeśli ktoś nie ma ochoty korzystać z hotelu, również nie ma problemu. Niedaleko szkoły jest puste pole, co prawda nie namiotowe, ale pod namiot nadające się znakomicie. Mieszkańcy przyzwyczajeni, że turyści wykorzystują je w ten sposób sami ich/nas tam kierują. Trzeba jednak pamiętać, że nawet najtwardszy sen może zakłócić banda szczekających psów i ryczących osłów.

Toro Toro to niewielkie miasteczko z urokliwym placem i kościółkiem w centrum i niewielkimi domkami z gliny dookoła. Naszą uwagę jednak najbardziej przyciągnęły kosze na śmieci. Zabawnie przyozdobione przez uczniów z Cochabamby w ramach projektu ekologicznego.

W informacji turystycznej znajdującej się na wspomnianym placyku dowiadujemy się, że wstęp do parku tylko z przewodnikiem. Postanawiamy więc spróbować naszego daru przekonywania przy wejściu do parku. Póki co kupujemy tylko bilety. Strażnicy nie dają się jednak tak łatwo przekonać. Proponują inne rozwiązanie. Dołączają nas do zwiedzającej już grupy. Tam spotyka nas miła niespodzianka. Grupa tylko trzyosobowa składa się z polskiego fotografa – Mileniusza i jego córek. Przypadamy sobie nawzajem do gustu i planujemy wspólne zwiedzanie również na dzień następny.

Krajobraz naokoło jest księżycowy. Sucho i gorąco, a skały w oddali mienią się ogromna ilością kolorów. Aż tu nagle – przepaść. Bagatelka – 400 m w dół. To Kanion Garrapatal, który robi niesamowite wrażenie, szczególnie z punktu widokowego.  W dole kanionu zieloną oazę tworzą wodospady „El Vergel”. Idealne miejsce na odpoczynek. Szkoda, że z przewodnikiem…

Á propos tutejszych przewodników… Są oni wybierani jedynie spośród członków miejscowej społeczności. Wszystko byłoby dobrze, gdyby testowano poziom ich wiedzy. Niestety, w większości wypadków pozostawia on wiele do życzenia. Oprowadzanie turystów ogranicza się więc do prowadzenia ich po ścieżce, którą w większości wypadków sami by sobie bez problemu znaleźli. Jednak prawo jest prawem. Przewodnik musi być. Nie po to mają Evo, żeby turyści za darmo sobie ścieżki znajdowali.

Z naszymi nowo spotkanym Polakami i boliwijskim przewodnikiem zwiedzamy jeszcze skalne miasto i niedaleko położone w nim jaskinie. Dodatkowo można zobaczyć tutaj malunki naskalne. Według naszego przewodnika mają one 160 mln lat ;). Można by polemizować …

I oczywiście główna atrakcja parku – ślady dinozaurów. Są rzeczywiście ogromne. Można wyobrazić sobie te bestie przechadzające się obecnie w miejscu gdzie właśnie stoimy. W końcu Toro Toro jest największym tego typu kompleksem w Boliwii i jednym z najważniejszych w Ameryce Południowej.

Wieczory spędzamy na pogaduchach z Mileniuszem, panią z pobliskiego baru i wcześniej poznanymi uczniami z Cochabamby.

Informacje praktyczne:

–          Ceny: wejście do parku 40 Bs – bilety ważne przez 7 dni; przewodnik – 80 Bs dla Boliwijczyków, 90 Bs dla obcokrajowców od grupy (bez względu na liczbę osób) za jeden szlak (ok. pół dnia). Nam udało się zbić do 80 Bs.

–          Strona główna parku: http://www.torotoro-bolivia.com.bo/index.php

–       Autobusy do Toro Toro odjeżdżają z Cochabamby każdego dnia około godziny 17-19, podróż trwa koło 6 godzin

Reklamy

25-27.06.2012 – Smaki Cochabamby

•6 marca 2013 • Dodaj komentarz

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Z Sucre wyjeżdżamy z dwójką naszych znajomych: Jenifer i Alvaro. Do Cochabamby dostajemy się z prędkością światła. Zamiast być o 5.00 rano jesteśmy o 2.30. Całe szczęście, że przespaliśmy większą część drogi, bo pewnie bez zawału by się nie obeszło. Teraz tylko parę godzin siedzenia na dworcu w oczekiwaniu świtu i możemy zacząć zwiedzanie miasta. Rano wygłodniali udajemy się najpierw na targ zjeść śniadanioobiad. Pyszna zupa z orzeszków ziemnych i świeżo smażone kotlety od razu podnoszą nas na duchu… i na żołądku. Potem idziemy wdrapać się na drugą co do wielkości figurę Chrystusa na świecie. Nasz rodzimy ze Świebodzina przewyższa cochabambińskiego tylko koroną. Jeśliby liczyć rekordy, Cristo de la Concordia jest drugą, co do wielkości statuą na półkuli południowej. Na górę wjeżdżamy taksówką, ponieważ w poniedziałki kolejka linowa nie pracuje. Jednak bez problemu można wdrapać się na piechotkę.

Po południu spotykamy się z naszą gospodynią, jej znajomymi i spędzamy wieczór na obżarstwie. Cochabamba może rzeczywiście poszczycić się świetną kuchnią. Jest w czym wybierać. Podobnie jak na targu w Sucre, całkiem dobry obiad można tu zjeść za 10 Bs, a na deser pyszny koktajl lub sałatkę owocową. Jednak Cochabamba słynie dodatkowo ze swoich specjałów. Jedne z nich to salteňas i empanadas, czyli smażone, bądź pieczone pierożki z różnorakim nadzieniem podawane z sosami, np. z orzeszków ziemnych lub pikantnym ají. Na śniadanie serwują tutaj „api con pastel”, czyli gorący napój z fioletowej kukurydzy ze smażonym na głębokim oleju placuszkiem. Ze słodyczy można spróbować pyszne, domowej roboty lody. Tylko dla tych, którzy nie boją się ryzyka 😉 Dla mięsożerców polecamy „pique de macho” albo „silpancho”. Przy uniwersytecie znajduje się jeden z najlepszych boliwijskich fastfoodów, jakie odwiedziliśmy – z jedzeniem w boliwiańsko-amerykańskim stylu. Głównie dla zgłodniałych studentów, więc otwarty całą dobę.

Następne dwa dni poświęcamy na poznanie miasta. Rosa – nasza gospodyni i jej chłopak okazują się świetnymi przewodnikami. Zabierają nas wszędzie zaczynając od starówki z kolonialną zabudową i zabytkowymi kościołami, kończąc na targach z artesanią. Można kupić tu rzeczywiście tanio, pod warunkiem, że zna się prawdziwe ceny 😉

Jednych z miejsc wartych zobaczenia jest pałac Simona Patiño. Jego wystrój jest imponujący nie tylko w porównaniu do podobnych  miejsc w Ameryce Południowej, ale również w Europie. Patiño był jednym z najbogatszych ludzi swojej epoki, który swoją fortunę zbudował na potosińskim srebrze. Lwią część z niego wydał na budowę swojego niezwykłego domu, w którym ze względu na zły stan zdrowia nigdy nie zamieszkał.

Kończąc dni intensywnego zwiedzania Rosa zabiera nas na koncert do cochabambińskiej filharmonii. Chwila na relaks w pięknych wnętrzach przy pięknej muzyce.

Pisząc o Cochabambie nie sposób nie wspomnieć o tzw. „wojnie o wodę”, czyli serii zamieszek mających miejsce w Cochabambie latem 2000. Spowodowane one były prywatyzacją systemu zaopatrującego w wodę mieszkańców Cochabamby. Mimo swojej nazwy, która pochodzi z języka quechua, gdzie qhocha oznacza „jezioro, woda”, a pampa – „otwarta przestrzeń”, Cochabamba cały czas nie radzi sobie z problemem braku wody pitnej.

Spowodowane jest to nie tylko małą ilością opadów w tym rejonie, lecz również szybkim wzrostem liczby mieszkańców tego czwartego obecnie pod względem wielkości miasta w Boliwii. Obecnie problemu braku wody nie odczuwa się w takim stopniu jak kiedyś. W domach podłączonych pod sieć wodociągów zdarzają się przerwy w dostawach, a mieszkańcy starają się oszczędzać. Gorzej sytuacja przedstawia się dla osób nie mających dostępu do wodociągów, czyli ok. 40- 50% populacji. Korzystają one z beczkowozów lub studni. Często dostawy wody nie są wystarczające, natomiast spożywanie wody ze studni wiąże się z ryzykiem ze względu na wysokie zanieczyszczenie wód gruntowych.

O problemie braku wody w Cochabambie opowiada nakręcony przez hiszpańskiego reżysera Icíary Bollaín film „También la lluvia”. Nam film bardzo się spodobał, dlatego polecamy.

Będąc w Cochabambie udało nam się również przedłużyć pobyt na 90 dni. Na granicy strażnik wbił nam tylko 30. Okazało się, że chyba nie przez złośliwość, ale przez wytyczne. Wszyscy spotkani przez nas w Boliwii obcokrajowcy mieli również pierwszą pieczątkę na 30 dni. Nam przedłużenie udało się załatwić w przeciągu 10 minut. I, o ile dziwnie może to zabrzmieć, dzięki strajkowi policji. Ciągnący się od kilkunastu dni strajk mundurowych nie spowodował w kraju ani wielkich zamieszek (tylko te spowodowane przez samych policjantów), ani fali kradzieży. Na myśl nasuwa się pytanie – skoro z policją i bez niej tak samo, to co oni właściwie robią. No cóż – właśnie strajkują. Powód oczywisty – podwyżka. My korzystamy na tym o tyle, że nie odsyłają nas do innych okienek, tylko wszystko załatwiają w jednym, które akurat jest otwarte. Nie tylko my się dziwimy, że wszystko poszło tak gładko, ale i nasza gospodyni. Jak mówi Rosa, normalnie przynajmniej raz odsyłają do domu z kwitkiem. Mamy szczęście 🙂

Informacje praktyczne:

–          W Boliwii obywatele UE przyjeżdżający w celu turystycznym mogą w ciągu roku przebywać 90 dni bez wizy, takie same przepisy obowiązują w Ekwadorze. Bez względu na ilość wjazdów i wyjazdów z danego kraju. Natomiast w Chile i Argentynie jest to 90 dni licząc nieprzerwanie od dnia wjazdu do dnia wyjazdu z kraju. Przy następnym wjeździe licznik się kasuje i dni liczy się od nowa.

–          Cena biletu z Sucre do Cochabamby w zależności od godziny, linii i umiejętności targowania się 😉 waha się od 35-60 Bs. My zapłaciliśmy 40 Bs.

–          Cena biletu do pałacu Simona Patiño to 10 Bs dla obcokrajowców 

15-18.06.2012 – Krater Maragua

•1 marca 2013 • Dodaj komentarz

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Rankiem ruszamy w dłuższa podróż przez Sucre, aby dotrzeć do terminalu, z którego odjeżdżają busy w kierunku krateru Maragua. Oczywiście powyższe  zdanie jest nieco na wyrost. Terminal to piaszczysty plac obok drogi, busy to stareńkie ciężarówki z drewnianą paką, na której upychają się pasażerowie wraz z całym dobytkiem ruchomym, a dojechać do Maragua wcale nie tak prosto. Poza tym, nie taki nasz cel. Chcemy przejść drogą Inków, która prowadzi do miejscowości Chuanaca, z której dopiero można iść do krateru. Boliwijczycy nie są zgodni, jak ów powstał. Mówią o wulkanie, wspominają również o upadku meteorytu. Cóż… zobaczymy.

Na razie ładujemy się na tzw. camiona, czyli ciężarówkę, która tutaj jest zupełnie normalnym środkiem transportu i czekamy na zebranie kompletu pasażerów. Starcy żują kokę, która wypaliła im przez lata usta, dzieci pełzają wśród stosów worków z żywnością i zajadają żelatynę bądź lody, kobiety plotkują, albo w ostatniej chwili uciekają „na stronę”. Szkoda, że ta strona jest 20 metrów od camiona i osłonięta jedynie spódnicą. Ale za to, cóż to za spódnica! Siedmiowarstwowa pollera, która powoduje, że jej właścicielka wygląda dwa razy szerzej i przynajmniej cztery razy dostojniej. Kapelusz również dodaje powagi. Ruszamy w drogę.

Naokoło nas sami Indianie, mówiący w języku quechua, a wśród nich dwóch typowych miastowych cwaniaków obwieszonych łańcuchami niczym choinki. Po kilkunastu minutach jazda przestaje być miła, kiedy to koncentrują się na naszych osobach i wymieniają nieprzyjemne uwagi. Niestety, w języku, którego nie znamy, więc ciężko zareagować. Staramy się nie na to nie zważać, ale niesmak ogromny. Godzina jazdy do kościółka w Chataquila  dłuży się niemiłosiernie, ale w końcu dojeżdżamy, płacimy i uciekamy z niemiłej sytuacji. Nigdy nie wiadomo, co też tacy wydumają w swoich głowach. A z reguły im większa grupa dumających, tym głupsze rzeczy wymyśla.

Wreszcie jednak jesteśmy w górach. Droga Inków pięknie zachowana i całkowicie pusta. Oczywiście wszyscy przewodnicy w Sucre twierdzili, że bez ich pomocy nie ma żadnej możliwości znalezienia szlaku, a gdy już się go szczęśliwie znajdzie, czają się na nim hordy złodziei. Wysłuchaliśmy ich zdania, popatrzyliśmy na ich korpulentne postacie i stwierdziliśmy, że jeśli spotkamy złodziei, to przewodnik w niczym nam nie pomoże. A drogę damy radę znaleźć sami.

Zwiedzamy jeszcze kościółek, po czym wchodzimy na drogę Inków. Wstęp kosztuje chyba 10 bs, ale nie ma nikogo, kto mógłby odebrać od nas pieniądze. Może na dole… Droga pusta, ale pięknie zachowana i częściowo zrekonstruowana. No i ciągle w dół. Dawno już nie chodziliśmy dłuższych dystansów z plecakami, więc na początek bardzo to wygodne. Dwie godziny i jesteśmy w pobliżu Chuanaca. Patrzymy na mapę, której dokładność stoi pod mocnym znakiem zapytania i wybieramy ścieżkę po lewej stronie doliny. Mapa tak niby pokazuje, a nam się nie chce schodzić do wsi, gdzie mógłby być inny szlak. Droga wykuta w zboczach góry biegnie prosto jak strzelił, a obok niej równie prosto biegnie akwedukt. Po kilku godzinach mijamy pięknie położoną wioskę i zaczynamy rozmyślać o noclegu. Schodzimy nieco i w pobliżu mostku, którego środkiem płynie woda, rozbijamy namiot. Raczej nas  nie widać, więc ze spokojem duszy rozpalamy kuchenkę, a potem odpływamy w krainę snu.

Następny dzień to dość długie zejście do doliny, a potem wspinanie się w górę. Oczywiście między tymi etapami nie może zabraknąć przejścia przez rzekę, a wcześniej jeszcze przez wioskę. Trochę stresu nas to kosztuje, bo musimy przechodzić kamienne ogrodzenia bronione przez kilka paskudnych i sporych kundli, które chcą alarmować wszystkich naokoło. Dziwne, ale nikt się nie pojawia i to denerwuje chyba jeszcze bardziej. Nie chcielibyśmy, aby ktoś nas wziął za złodziei, gdyż z takimi rozprawa w górskich wioskach jest naprawdę krótka. Bardzo szybko zatem przechodzimy rzekę i nieco wyżej spotykamy miłego osobnika, który daje nam całą torbę owoców zwanych tumbo i w miarę dokładnie tłumaczy, którędy trzeba iść do krateru. Oczywiście już wczoraj zorientowaliśmy się, że mapa jest błędna, ale droga była tak piękna, więc zeszliśmy z niej dopiero dzisiaj. No i teraz pasterz utwierdza nas w przekonaniu, że wybraliśmy dobrze. Wspinamy się zatem na grzbiet góry i rozbijamy namiot. Widok przepiękny, słonko zachodzi, tylko wody niezbyt dużo. Całą noc słyszymy bębnienie i śpiewy z krateru. Dziś 21 czerwca, jedno z ważniejszych świąt w Am. Południowej, czyli narodziny słońca. Jesteśmy na drugiej półkuli, więc to, co u nas ma miejsce w grudniu, tutaj dzieje się w czerwcu. Może kiedy indziej uda się dotrzeć na czas.

Rankiem znowu zejścia, wejścia i wreszcie jesteśmy na grzebiecie, u którego stóp rozciąga się krater Maragua. Widok wręcz niesamowity. Wulkanu ani uderzenie meteorytu raczej tutaj nie było, gdyż takie formy skalne można spotkać w pewnej części Andów, jak również w USA, ale wrażenie robią spore. Spotykamy młode małżeństwo, które znosi na dół wiązki drewna na opał. Marek postanawia pomóc kobiecie i zabiera od niej bagaż. Po 15 minutach może poczuć, że praca tutejszych kobiet jest naprawdę ciężka i pod pewnymi względami niczym się nie różni od pracy mężczyzn. Ciężkie i niewygodne to drewno diabelnie, a plecak po tym to wręcz rozkosz. Na szczęście szybko dochodzimy do dna krateru i małej wioseczki. Zostajemy zaproszeni na chichę i chwilowy odpoczynek w cieniu. Domostwo typowe, z gliny i kamieni, wśród których kryją się maleńkie okienka. Budynki i mur otaczają niewielki dziedziniec, na którym toczy się większa część domowego życia, poczynając od gotowania, a skończywszy na kąpaniu najmłodszych członków rodziny. Nie mają biedaki szczęścia. Woda zimna jak lód, więc krzyczą wniebogłosy. Po chichy i zupie przychodzi czas na oglądanie tejido, czyli dzieł tkackich tutejszych kobiet. Zaraz też orientujemy się, że zaproszeniu nas na poczęstunek przyświecał pewien cel. Oczywiście… trzeba coś sprzedać turystom. Eeehhhh… przez poprzednią godzinę myśleliśmy, że może jednak ta rodzina jest inna i jest szansa na nieco bezinteresowności. Niestety, mylimy się, ale po tej zupie, chichy i wszystkich miłych gestach dajemy się namówić na kupno najmniejszego z najmniejszych wyrobów. Niestety, znowu czujemy nieco niesmaku, że prawie zawsze traktują nas jak klientów. Cóż… nieraz już to spotkaliśmy i pewnie nieraz jeszcze spotkamy. Trzeba się przyzwyczaić, albo wracać do Patagonii.

Ciekawe jest, że tutejsi mieszkańcy jakoś słabo znają okolicę. Bądź udają, że słabo znają, gdyż na kilka osób, które pytaliśmy o drogę, 50 procent odpowiadała błędnie. Zatem podchodzimy nieco wskazaną ścieżką, po czym droga wydaje się tak absurdalna, że rezygnujemy i wracamy sami już wybierając szlak. Wybieramy dobrze, zatem po kilku godzinach marszu po równej, oficjalnej ścieżce do krateru Maragua spotykamy pierwszych turystów, którzy dali się namówić na przewodnika. Dużo radości daje nam myśl, że nie musimy iść w takiej gromadzie i do tego płacić za to jakąś kuriozalną stawkę.

Przychodzi noc, ranek i po trzech godzinach marszu jesteśmy w wiosce, z której można złapać transport z powrotem do Sucre. Tym razem jedziemy na pace sami i podziwiamy umiejętności kierowcy, który mknie po serpentynach zawieszonych nad kilkusetmetrowymi przepaściami. Droga jest szerokości ciężarówki plus jakiś metr, zatem z góry robi naprawdę spore wrażenie. Kierowca, jak większość tutejszych, pozbawiony jest wszelkiego instynktu samozachowawczego, zatem wymyślamy sposoby wyskoczenia z ciężarówki, jeśli ta zacznie się staczać w dół. Szansa na przeżycie chyba jest, ale wydaje się niewielka. Na szczęście kierowcy znowu się udaje i po niedługim czasie witamy naszego hosta Zero.

Informacje praktyczne:
– autobusy/camiony do Chuanaca wyjeżdżają z terminalu (piaszczysty plac;)) na peryferiach Sucre. Znaleźć go nie jest problemem, dojeżdża tam sporo busików.
– koszt to jakieś 5 bolivianos
– droga Inków kosztuje 10 bolivianos
– jeśli chcemy iść poprawną drogą do krateru, TRZEBA zejść do wioski Chuanaca i zaraz za nią przejść przez rzeczkę. Droga jest bardzo czytelna, gdyż jeżdżą nią auta
– droga z Chuanaca do krateru to około 4-5 godzin

12-15.06.2012 Sucre – dawna stolica Boliwii

•1 marca 2013 • Dodaj komentarz

_DSC7307m

Sucre, zatem przyszedł czas na odpoczynek. Udaje nam się znaleźć wspaniałego hosta z CS, który jest tak dobry, że przygarnia nas na czas dłuższy. Zero, bo tak ma na imię, jest Anglikiem i trafił tutaj w poszukiwaniu spokoju. Pracuje jako informatyk, więc nie ma dla niego problemu mieszkać w innym państwie, płaci za mieszkanie tyle co my w Krakowie za gaz i przyjmuje sporo osób z CS, aby nieco oderwać się od boliwijskiej rzeczywistości.

Ale miało być o Sucre. Zdjęć jakoś mało zrobiliśmy, gdyż chyba weny zabrakło. Konstytucyjna stolica Boliwii, dumna ze swojej historii i kultury. Nie porównamy z Krakowem, bo to jednak nie to, ale coś wspólnego jest. Wszyscy Sucre zachwalają, mnóstwo cudzoziemców zatrzymuje się tutaj, aby podszkolić hiszpański i wyjeżdżać na krótkie wycieczki. My też mamy taki plan, ale… Kolonialne centrum miasta wygląda całkiem ładnie. Placyki, uliczki, wszystko w bieli. Miasto rozciąga się na okolicznych wzgórzach i na szczęście można je objąć wzrokiem, co świadczy o tym, że nie jest duże. Faktycznie, nieco ponad 300 tysięcy mieszkańców. Małe może nie jest, ale do przeżycia. Ponoć w miarę bezpieczne. Niestety. Uliczki miasta wypełnione starymi chińskimi busikami, które kopcą w sposób niewiarygodny. Po przejeździe jednego takiego przyjemnie nie jest, a po przejeździe kilku trzeba uciekać jak najdalej. Czasami się nie da i jest to problem. Kasia, która jest znacznie mniej odporna na zapachy, przeżywa katusze. Poza tym ludzie przyzwyczaili się do pobytu białych i czerpią z nich niemałe dochody. Zatem również nasz widok wyzwala w miejscowych energię do zarabiania, co nie jest dla nas miłe.  Trzymamy się zatem z dala od centrum za wyjątkiem wizyt na tutejszym mercado, czyli targu. Obiady tam to po prostu poezja. Oczywiście w wydaniu boliwijskim, czyli sopa de mani (na orzeszkach ziemnych, gęsta i tłuściutka;)) plus drugie z popitką. Poezja smaku wraz folklorem walki o klienta. Trzeba się przyzwyczaić, że po wejściu na targ, zaatakuje nas zgraja młodszych bądź starszych, lecz zawsze przemiłych kucharek w niebieskich mundurach. Któreś na pewno zwyciężą… 😉

Kasia na swoje urodziny po raz pierwszy siada w siodle i odnajduje kolejną pasję. Niestety, wydawałoby się, że w Boliwii zaspokajanie takich pasji powinno być w miarę tanie. Może tak jest gdzieś na prowincji, ale na pewno nie w Sucre. Ceny bardzo turystyczne i bardzo europejskie. Ostatecznie większość gości tutaj to Francuzi bądź inne nacje z zachodniej Europy. Niestety, ich możliwości finansowe są nieco wyższe niż nasze, a to pod nich ceny są ustawiane.

Sucre niestety nas nie zachwyca. Architektura poza centrum typowa dla tego regiony, czyli chaos totalny z cegły i betonu, w którym dominującą formą jest sześcian z wystającymi drutami. Jeśli ktoś lubi imprezy, pewnie znajdzie tutaj coś dla siebie, ale jeśli szuka spokoju i świeżego powietrza, powinien jak najszybciej wyjechać. My uciekamy po trzech dniach, ale z zamiarem powrotu. Pędzimy sprawdzić, jak może wyglądać krater Maragua.

10-12.06.2012 – w kopalniach Potosi…

•27 grudnia 2012 • Dodaj komentarz

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Z Uyuni łapiemy autobus do Potosi. Na miejscu jesteśmy po 4 godzinach jazdy z obowiązkowymi postojami na toaletę. Kobiety po jednej stronie autobusu, a mężczyźni po drugiej. Chociaż nie zawsze było to przestrzegane restrykcyjnie 😉 W końcu pollerą zawsze zasłonić się można. Pollera to szeroka fałdowana spódnica, a właściwie kilka złączonych w pasie spódnic – jedna pod drugą, które stanowią część tradycyjnego ubioru tutejszych kobiet. Ze względu na dużą ilość materiału są one bardzo drogie i przeciętna mieszkanka wsi może pozwolić sobie na posiadanie jedynie dwóch do trzech takich spódnic.

W Potosi jesteśmy o 16 po południu. Od razu we znaki daje się nam brak tlenu. Nie tylko ze względu na wysokość 4000 m npm. która sprawia, że Potosi jest jednym z najwyżej położonych miast świata. Przede wszystkim ze względu na straszne zanieczyszczenie. Wszystkie mijające nas autobusiki, a jest tu ich mnóstwo, zostawiają za sobą kłęby czarnego dymu. Miejscowi nie zwracają na to kompletnie uwagi, a my starając się nie wypluć sobie płuc, udajemy się na poszukiwanie hostelu. Niestety koło dworca nie znajdujemy nic, za to w centrum mamy więcej szczęścia. Zatrzymuje nas przyjemnie wyglądający mężczyzna z pytaniem, czy mamy gdzie spać. Normalnie nie korzystamy raczej z takich ofert, ale tym razem zmęczeni poszukiwaniami decydujemy się od razu. Okazuje się, że świetnie trafiliśmy- tanio, czysto, w centrum i jest internet.

Następnego dnia ranem zwiedzamy to, z czego od wieków słynie Potosi, czyli tzw. „Cerro rico” ( Bogata góra). Ogromne złoża srebra, znajdujące się we wnętrzu wznoszącej się nad miastem góry, od połowy XVI w. do dnia dzisiejszego zapewniają dochód miastu i jego mieszkańcom. Trzeba dodać jednak, że wydobycie bogactw pochłonęło mnóstwo istnień. Większość Indian zmuszonych przez konkwistadorów do pracy w kopalniach nie przeżywała nawet roku. Dzisiaj warunki pracy w kopalniach Potosi wiele się nie zmieniły. Do tej pory nie używa się tutaj maszyn, a jedynym zabezpieczeniem górników są: kask i czołówka. Maski na twarz to tutaj rzadkość, mimo że poziom zapylenia jest bardzo wysoki. Przed wejściem do kopalni, jak każe zwyczaj, zaopatrujemy się na niewielkim targu w liście koki, wodę i soki, aby poczęstować pracujących tam górników. Pierwsze osoby, które spotykamy po wejściu do kopalni to 2 chłopców (żaden z nich nie ma jeszcze 18 lat) pchających na zewnątrz zapełniony rudą wagonik ważący 2 tony. Codziennie, żeby zarobić na wypłatę ok. 1000 zł miesięcznie, muszą zrobić kilkanaście takich kursów. Nasz przewodnik informuje nas, że obecnie najmłodsi pracujący pod ziemią chłopcy mają po 14 lat. Konstytucja boliwijska z 2009 r. jednoznacznie nie zakazuje pracować małoletnim, jednak zgodnie z art. 61 zabrania się wykorzystywania i zmuszania dzieci do pracy. Od przewodnika dowiadujemy się również, że jeden z ostatnich wypadków podczas pracy spowodowany był właśnie przez 15 chłopca, który nie dał rady wciągnąć do góry koszyka wypełnionego wydobytym materiałem i upuścił go zabijając stojącego niżej górnika.

Środek cały poszatkowany jest korytarzami. Dochodzi do tego, że nie próbuje się nawet wydobywać minerałów z widocznych w niektórych miejscach szerokich żył z obawy przed zawaleniem się stropu, bądź podłogi. Do pracy używa się tutaj dłuta i dynamitu. Ten ostatni można kupić bez pozwolenia nawet na pobliskim targu. Dlatego korzysta się z niego nie tylko w kopalni, ale też w trakcie demonstracji – podczas starć z policją. Dłuto służy natomiast do wydobycia czystego materiału, głównie cynku, gdyż przy tak intensywnym wydobyciu, srebra niewiele zostało. Skały zawierające niewielki procent minerałów wywozi się na powierzchnię i wypłukuje używając chemikaliów nie zawsze obojętnych dla środowiska.

W drodze powrotnej składamy jeszcze wizytę prawdziwemu władcy kopalni -„El Tío”. El  Tío to bóg strzegący kopalni i jej skarbów, którego górnicy zaczęli czcić podczas epoki kolonialnej. Wtedy to Hiszpanie chcąc zmusić Indian do bardziej wydajnej pracy opowiadali historie o diabłach mieszkających w głębi kopalni, które porywają  najwolniej pracujących. Stąd niewolnicy zaczęli się do nich modlić i składać im ofiary, aby zaskarbić ich życzliwość. Imię „El Tío”wywodzi się od słowa hiszpańskiego słowa oznaczającego Boga – „Dios”. Ponieważ w quechua – języku Inków nie istnieje dźwięk „d” pracujący w kopalniach Indianie przerobili go na „tio”, a następnie swojsko brzmiące „tío”, czyli w tłumaczeniu na język polski po prostu „wujek”. Wujek wygląda jednak dosyć groźnie z papierosem w ustach, otoczony liśćmi koki i pustymi butelkami po 96% alkoholu. Wychodzimy, ale wizyta w kopalni pozostaje nam na długo w pamięci.

Mimo całego zanieczyszczenia Potosi to piękne miasto. Jego starówka przypomina o bogatej przeszłości.Warto odwiedzić katedrę na tutejszej Plaza de Armas. Przepiękny widok na miasto z wieży, ciekawy barokowy wystrój i najbardziej niezwykły przewodnik, jakiego mieliśmy okazję spotkać.Również warta polecenia jest tutejsza mennica, czyli casa de la moneda – najlepiej zachowany tego typu obiekt w Boliwii. Koniecznie trzeba spróbować specjalności kulinarnej tego rejonu – kalapurki. Ze względu na dużą wysokość Potosi nie należy do najcieplejszych miejsc Boliwii, więc mieszkańcy tego rejonu wymyślili sposób na zupę, a właściwie na jej ogrzanie. Nie ma to jak wrzucić do niej gorący kamień. Wtedy zupa na pewno nie ostygnie.

Informacje praktyczne:

–    nocleg za 30 Bs (15 zł) można znaleźć w prywatnym domu przy ul Bolivara w bramie obok Pani sprzedającej bielutkie słodycze;

–      wycieczka do kopalni wykupiona z agencji kosztuje 40-50 Bs od osoby w 3 osobowej grupie;

–     Casa de la moneda (mennica) wstęp dla obcokrajowców kosztuje 40 Bs. Obowiązkowy przewodnik, który jest wliczony w cenę. Grupy oprowadzane są w językach hiszpańskim, angielskim, francuskim i włoskim.

–         katedra – wstęp dla obcokrajowców 10 Bs.

8-9.06.2012 – Salar de Uyuni – nareszcie!

•25 sierpnia 2012 • 1 komentarz

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dzień rozpoczyna się ciekawie. Przepiękne kamienne drzewo, czyli Arbol de Piedra jest wielkim skarbem tego rejonu i widokiem obowiązkowym dla każdego turysty. Gdyby każde zdjęcie tutaj robione wywoływało choćby taki napór, jak padająca na ziemię kropelka deszczu, drzewo już dawno leżałoby w prochu na ziemi. My również dorzucamy taką kropelkę i pędzimy dalej. Znowu kolorowe laguny, dumne flamingi, przechadzające się wszędzie wikunie i małe królikopodobne stworzonka, żerujące na obcokrajowcach. Prawdopodobnie ewolucja skręciła w stronę turyzmu i nauczyła się z niego korzystać. Z cała pewnością jest to przyszłość tutejszej fauny.

Cały dzień jazdy i docieramy do kolejnego hotelu, tym razem zbudowanego z czystej soli. Solne łoża, solne krzesła, solne ściany. Dobrze, że naczynia i sztućce z bardziej konwencjonalnego materiału. Wszyscy zostają na ploteczkach, natomiast my uciekamy z wioski i ruszamy w poszukiwaniu salaru. Ponoć jeszcze daleko, ale się udaje. Tylko dwa kilometry marszu i można cieszyć się zupełną ciszą białej pustyni i nadchodzącym zachodem słońca. Widok naprawdę zadziwiający…

Rankiem wyjeżdżamy zanim jeszcze wzejdzie słońce. Kilkanaście kilometrów dalej wysiadamy w środku niczego i oczekujemy na wolno wschodzące słońce. Naokoło tylko biel i gdzieś w oddali wynurzające się z soli wyspy. Jest pora sucha zatem salar nie jest pokryty warstewką wody, która wywołuje tak piękne efekty na zdjęciach wszystkich turystów. Ale za to możemy dojechać do wysepki pokrytej w całości ogromnymi, nieraz tysiącletnimi kaktusami. Coś za coś… Trzeba będzie jednak kiedyś wrócić deszczową porą.

Spacer, śniadanie i ruszamy jeszcze raz, jak najdalej w głąb solnej pustyni. Tym razem na sesję zdjęciową, którą inspirują nasi przewodnicy, a której doczekać się nie mogą nasi współtowarzysze. Cała grupka wojaków z Izraela robi sobie zdjęcia we wszystkich pozach i konfiguracjach, przy użyciu wszelkich dostępnych akcesoriów, między którymi butelki alkoholu i gumowe dinozaury  to rzeczy najmniej dziwne. Cóż… po półtorej godzinie zabaw nawet kierowcy, którzy to wymyślili mają dosyć, nie wspominając o nas. Ostatni autobus do Potosi odjeżdża za niedługo, a tu w najlepsze trwa najdziwniejsza sesja zdjęciowa, jaką zdarzyło się nam oglądać. Ale wszystko ma swój koniec, zatem i my ruszamy. Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów i jesteśmy w Uyuni. Trzeba przyznać, że miasteczko nie jest zbytnio urokliwe i cieszymy się, że nie zostajemy tu dłużej. Dziesięć minut przed odjazdem autobusu zajmujemy miejsca, żegnamy Uyuni, Salar i naszych miłych kompanów.

Informacje praktyczne:

– 3-dniowa wycieczka z agencją z Uyuni kosztuje ok. 600 peso wzwyż.
– Z Tupizy jest drożej, ale wszyscy zachwalają, że lepiej. My płacimy 800 peso za 4 dni, jednakże normalnie taki wyjazd kosztuje 1200-1400 peso.
– Najlepiej kupować wycieczkę wieczorem, kiedy wszystkie agencje próbują zdobyć ostatnich klientów na poranny wyjazd. Można wytargować kilkadziesiąt procent zniżki, ale nie wolno pokazać, że zależy na wyjeździe.
– Koniecznie wziąć również wycieczkę do Parku Avaroa (koszt 150 peso). Prawdziwy cud natury.
– Zimową porą przyda się naprawdę ciepły śpiwór i ciepłe ubrania. Bardzo łatwo zachorować szczególnie, gdy się przyjeżdża z jakiś cieplejszych okolic.
– W biurze być bezlitosnym i kazać sobie wypisać wszystkie punkty programu i potwierdzić podpisem, że będą zrealizowane. Bardzo często kierowcom nie chce się jechać w niektóre miejsca, które były w ofercie. Kłamią, że nie da się dojechać, że jezioro zamarznięte, itd.. A propos, zamarznięte jezioro też jest piękne 😉
– Najlepiej nie zapłacić całości mówiąc, że trzeba wypłacić z bankomatu w miejscu przyjazdu. To trochę zmobilizuje kierowców do wypełniania programu.

6-7.06.2012 – Kierunek: Salar de Uyuni

•15 sierpnia 2012 • 1 komentarz

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Do położonego w pobliżu sławnego salaru Parku Avaroa bez własnego środka transportu dostać się ciężko. Gdyby chociaż mieć rower… Jednak o tej porze roku to środek lokomocji tylko dla wytrwałych. Samochodów prywatnych brak. No chyba, że zabłąkają się tu we własnym landroverze jacyś Anglicy, albo Amerykanie. Od czasu do czasu (średnio raz na 2 dni) przejeżdża TIR z zaopatrzeniem, dużo częściej jeepy z turystami. Do samego Salaru de Uyuni, a właściwie na jego obrzeża dostać się już łatwiej – kursują lokalne autobusy. Będąc tutaj, szkoda byłoby jednak nie zobaczyć takiego cudu natury, jak Park Avaroa. Długo się nie zastanawiając zabieramy się więc z wycieczką, w większości izraelską. Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Od czasu do czasu półgodzinny postój na zwiedzanie i zdjęcia. Za to widoki za oknem to coś niezwykłego. Do tego mamy sympatycznego kierowcę, który zatrzymuje się „na zdjęcie” stosownie do naszych potrzeb, czyli znacznie częściej niż przewiduje program wycieczki. Siedzenie obok niego zajmuje młoda dziewczyna, której jedynym zadaniem jest, abyśmy nie umarli z głodu. I wywiązuje się z tego zadania naprawdę znakomicie.

Jak widać wycieczka prawdziwych gringo i bogaczy… Cóż jednak zrobić, gdy chce się zobaczyć te wszystkie wspaniałości, a czekanie kilka dni na stopa nie bardzo nas urządza. Trzeba zatem pomóc w rozwoju rynku turystycznego Boliwii. Cztery dni w samochodzie, przejechanych około 1000 kilometrów, zobaczenie 10 000 cudów natury naokoło. Cóż… nie jesteśmy z całą pewnością wielkimi zwolennikami tego typu wypadów. Ale mając do wyboru coś takiego bądź rezygnację z zobaczenia tego miejsca, wybór jest prosty.

Każdy dzień to inne krajobrazy. Pierwszy to kręte drogi wspinające się coraz bardziej do góry, prawie do 5000 m. Choroba wysokościowa daje się niektórym uczestnikom we znaki. Żujemy więc liście koki. Może to efekt placebo, ale po jakimś czasie ból przechodzi. Od miejscowych dowiadujemy się również, że choroba ta jest jedynie wytworem naszego umysłu. Ciekawe jednak, co by na temat ich teorii powiedziały uznane medyczne autorytety…

Dzień drugi stoi pod znakiem jezior i gejzerów. Laguny Zielona, Biała i na deser Roja, czyli czerwona. Laguna Biała pokryta już lodem. Nocą jest tutaj sporo poniżej zera, a w dzień niewiele cieplej. W oddali widzimy jednak rowerzystę, który nie zważając na dziki wiatr i temperaturę, pokonuje kolejne kilometry. Pomiędzy kolejnymi jeziorami docieramy do miejsca spowitego w dymy i zapach siarkowodoru. Bulgocące błotko nie zachęca do kąpieli, więc po kilkunastu minutach ruszamy dalej i docieramy do tzw. „Zupy z gringo”. Niewielki basenik z gorącą wodą, a w nim wszystkie narodowości świata, z naciskiem na Izrael. Darujemy sobie chyba dołączenie do tego kulinarnego ewenementu…

Wieczorem to, co ma być ponoć najciekawsze. Laguna Roja. Jeśli ktoś myśli, że jest ona tylko z nazwy czerwona, bardzo się zadziwi. Jezioro wygląda, jakby ktoś sprawił w jego wodach krwawą rzeź. A w tej czerwoności setki biało-różowych punkcików. Flamingi! Mimo nawoływań naszego kierowcy, nie chcemy się stąd ruszać. Ten jest jednak bezlitosny i po godzinie ruszamy do naszego hotelu z gliny. Jeśli ktoś spodziewa się, że w hotelu będzie cieplej niż na zewnątrz, nie myli się. Temperatura jest wyższa. O jakieś 5 stopni… 🙂